Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dom. Pokaż wszystkie posty

3/16/2018

Dom: Zapach miesiąca - Yankee Candle

Cześć!

Jako, że połowa miesiąca za nami, to postanowiłam napisać dzisiaj o wosku YC, którego zapach otaczał mnie ostatnimi czasy. Sięgnęłam po niego na samym poczatku miesiąca, skuszona jego wakacyjną nazwą: by przywołać wiosnę – i nawet sie udało :)



W opisie na stronie Goodies, gdzie wosk kupiłam (o, -> TUTAJ <-) możemy przeczytać:

Wosk z owocowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalne aromaty: lody truskawkowe.

Szczerze powiedziawszy mój nos odbiera ten zapach troszkę inaczej, ale o tym za chwilę. Najpierw parę słów o tej konkretnej tarteletce. Nie wiem, czy to wina składników tej konkretnej mieszanki, czy też magazynowania lub podróży pocztą, ale pierwszy raz zdarzyło mi się, że kiedy zerwałam folię (dobrze, że zawsze robię to bezpośrednio nad kominkiem), to wysypał się z niej zupełny pyłek. Do tej pory każdy wosk, jaki miałam – a uzbierało się ich trochę – był znacznie bardziej zwarty (choć nadal kruchy), a czasem wręcz potrzebowałam włożyć odrobinę wysiłku w odłamanie potrzebnej mi porcji. A tu niespodzianka, Summer Scoop zaskoczył mnie delikatnym, puszystym miałem, który byłby wszędzie dookoła, gdyby nie mój nawyk otwierania opakowania zawsze w ten sam sposób. 

Na dodatek dołożyłam sobie pracy, bo oczywiście zapomniałam zrobić fotkę przed otwarciem opakowania. Kiedy więc zaczęłam pstrykać zdjęcia: wosk oczywiście nie chciał już współpracować, chwiał się na boki rozsiewając wokół drobne okruszki, które pieczełowicie zbierałam przed każdym kolejnym ujęciem 😂


Wracając do samego zapachu, to w dalszej części opisu na stronie pada porównanie do truskawek, wanilii, lodów owocowych. 

Waniliowy mus – odpowiednio zmrożony – podany w towarzystwie świeżo przygotowanego, słodkiego, truskawkowego sosu. Albo wielkie, pyszne lody – składające się z nałożonych naprzemiennie, śmietanowych i owocowych gałek. Po prostu doskonałe, letnie orzeźwienie i moc owocowej przygody. 

Owszem, może i gdzieś "kątem nosa" wyczuwam te nutki, ale mi osobiście zapach ten bardziej kojarzy się z wielkim bukietem składającym się z idealnej kompozycji wielu gatunków kwiatów. Idealnej, choć dla mnie – o dziwo – zbyt intensywnej w odbiorze. Zazwyczaj szaleję za tymi naprawdę ciężkimi, piżmowymi zapachami, i żaden nie jest dla mnie zbyt mocny, tak tutaj poległam. O ile sama słodycz zapachu i jego poszczególne nuty bardzo przypadły mi do gustu, to zapalenie go wczesnym wieczorem okazało się złym pomysłem. Pokój momentalnie wypełnił się mocną wonią, która przeszkadzała mi w zaśnięciu. Dopiero porządne wywietrzenie pomieszczenia sprawiło, że intensywność zapachu spadła do poziomu akceptowalnego tuż przed snem. A jak widać na zdjęciu: zużyłam do pierwszego palenia ledwie ćwiartkę krążka!

Drugie palenie tej samej porcji sprawiło, że złe wspomnienie męczącego zapachu znikło, i zakochałam się w nim! Przy kolejnych dwóch podejściach po prostu dodawałam niewielką porcję do części przepalonej już wcześniej, i to okazało się rozwiązaniem dla mnie idealnym. Takie dawkowanie wosku sprawia również, że staje się on na maksa wydajny, więc jeszcze trochę mi go zostało 😊

Delikatnie dawkowany Summer Scoop trafił do grona moich ulubieńców, i na pewno jeszcze kiedyś po niego sięgnę. Jednak nie daję mu maksymalnej oceny własnie przez to zmęczenie przy pierwszym paleniu, oraz totalnie niewygodną formę drobnego pyłku, która może stać się dla kogoś niemiłą niespodzianką. Choć oczywiście powtórzę, że to nie musi być wina samego wosku, a jedynie rzucania nim gdzieś po drodze między magazynem a moimi drzwiami. 














2/26/2018

Dom: Zapach miesiąca - Yankee Candle "Egyptian Musk"

Cześć!

Dawno na blogu nie było nic o moich ukochanych woskach Yankee Candle. Mimo, że w ostatnich miesiącach używałam ich rzadziej, niż zazwyczaj (z racji sezonu chorobowego w kominku króluje olejek z drzewa herbacianego!), to jednak kilka z nich udało mi się – co prawda nie zawsze w całości – spalić. Pora więc zacząć nadrabiać zaległości i wrócić do opisywania zapachów, z którymi miałam styczność. Na pierwszy ogień idzie najnowszy "pacjent" – nawet w tym momencie, podczas pisania tego postu towarzyszy mi jego aromat.


Wosk o nazwie Egyptian Musk przywędrował do mnie, jak to zazwyczaj bywa, ze sklepu Goodies.pl Zapach jest według mnie jest idealny właśnie na obecną porę roku. Kiedy już powąchamy krążek – na myśl przychodzi nam starożytny Egipt i osnute tajemniczymi zapachami zakamarki świątyń.

Na stronie sklepu Egyptian Musk opisany jest tak:

Wosk z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Aromat uwodzicielskiego piżma połączonego ze szczyptą wanilii i drzewa cedrowego.

Niekoniecznie zgodzę się z opisywaniem tego zapachu jako rześkiego: choć oczywiście sporo zależy tu od indywidualnego odbioru zapachów przez każdego z nas. Połączenie piżma z drzewem cedrowym należy raczej do cięższych aromatów, chociaż nuta wanilii (dość słabo przeze mnie wyczuwalna) sprawia, że staje się lżejszy w odbiorze. 


Pierwszy kontakt z zapachem wzbudził moje obawy o szybkie zmęczenie zapachem i ból głowy: na szczęście nic z tych rzeczy. Mimo, że zapach zdecydowanie należy do tych intensywnych i bardzo długo utrzymuje się w pomieszczeniu, to jest przyjemnie otulający i nawet palenie go wieczorem, tuż przed snem nie jest uciążliwe.

Egyptian Musk jest idealny, kiedy chcemy stworzyć w domu klimatyczną i ciepłą atmosferę, z lekką nutką tajemniczości w tle.

Dzięki temu, że zapach jest mocny, to na jednorazowe palenie spokojnie wystarcza 1/3 krążka, a nawet troszkę mniej – wszystko w zależności od wielkości pomieszczenia, gdzie chcemy go użyć. Spokojnie możemy przetopić go ponownie, bo mimo, że zapach jest oczywiście słabszy niż za pierwszym razem, to nadal jest dobrze wyczuwalny.

Wosk zapachowy Egyptian Musk kupicie oczywiście na Goodies, a dokładnie -> TUTAJ <-

















2/22/2018

Dom: Zdjęcia - drukować czy nie? Fotoksiążka od Saal Digital: recenzja.

Cześć!

Kiedy w naszą rzeczywistość wkroczyły aparaty cyfrowe, a później te montowane w telefonach: drastycznie wzrosła ilość wykonywanych przez nas zdjęć. Dawniej każde pstryknięcie było cenne, bo zajmowało kolejna klatkę na kliszy, którą trzeba było kupić, później zapłacić za jej wywołanie. W erze fotografii cyfrowej zaczęliśmy gromadzić setki albo i tysiące zdjęć na komputerach, telefonach i innych nośnikach. Papier odszedł do lamusa. Na szczęście wraca moda na wydruk zdjęć, tworzenie albumów. Dziś chcę Wam pokazać album, który trafił do mnie od Saal Digital.


Moja fotoksiążka to taki zupełnie spontaniczny miks różnych zdjęć, nie ma głównego motywu przewodniego, wybierałam po prostu fotki, które najbardziej lubię. Choć kilka stron poświęconych jest danym osobom, wydarzeniom – i nawet blogi dostały swoją rozkładówkę 😁

Nie pokażę Wam wszystkich fotek, które się tam znalazły: bo i wyszedłby post tasiemiec, i też nie chcę/nie mogę pokazywać twarzy osób, które się tam pojawiają 😉

Ale po kolei: moja fotoksiążka to dokładnie -> TEN <- model: w twardej, watowanej i błyszczącej okładce. Dodam, że wymiar 19 cm to szerokość i wysokość samych kartek, licząc z okładką wychodzi 0,5 cm więcej.



Skąd się wziął ten zwierzak na okładce? Gepardzik to mój ulubiony kociak, w planach mam tatuaż na łopatce z małym gepardziątkiem, więc kiedy zobaczyłam tę grafikę w szablonach: od razu wiedziałam, że muszę ją mieć!

Właśnie: szablony... Aplikacja do tworzenia i personalizacji produktów Saal Digital to cudo, na dodatek banalnie proste w obsłudze. Pozwala bezpośrednio na wirtualnej kartce edytować zdjęcia: zmieniać rozmiar, kadrować. Zdjęcia możecie rozmieszczać zupełnie dowolnie: pamiętając jedynie o pojawiającym się ostrzeżeniu, kiedy za bardzo zbliżycie się do bardzo wąskiego niedrukowalnego marginesu. W dodatkach mamy do wyboru dziesiątki teł, grafik pogrupowanych tematycznie, ramek, ornamentów – hulaj dusza!

Wracając do technicznych spraw wykonania fotoksiążki – "twarda" okładka jest u Saal naprawdę twarda; nawet gdy użyjemy dużej siły, to tylko minimalnie się poddaje. Watowanie sprawia, że jest przyjemna w dotyku, mięciutka, lecz co istotne: każde uciśnięcie okładki, nawet silne i długotrwałe znika w tempie ekspresowym. Mimo, że powierzchnia jest mocno błyszcząca to nie ma zbyt dużej tendencji to zbierania odcisków palców.


 Część mojej kociarni i piękny zachód słońca złapany z balkonu.



Wąwóz Homole. Nienawidzę łazić po górkach, więc tak niecodzienny widok musiałam utrwalić 😂

Jest to moja pierwsza fotoksiążka, ale pokazywałam ją znajomej, która notorycznie je robi, na każdą możliwą okazję. Była w ciężkim szoku, że kartki mogą być tak grube, tak dobrej jakości. Wręcz czuć w ręce ich ciężar, ale są zarazem giętkie więc nie utrudnia to w żaden sposób ich przewracania.
Jeśli chodzi o jakość druku, to jest po prostu WOW. Z lupą nie znajdziemy jakichś niedociągnięć a kolory są wiernie oddane. Na zdjęciu niżej macie zbliżenie na mały detal, więc sami zobaczycie, jak precyzyjny jest nadruk.




Strony poświęcone blogom 😋


Podsumowując: jestem po prostu zakochana w tej fotoksiążce i uważam, że jest warta każdego grosza na nią wydanego. Dodam jeszcze, że produkcja odbywa się w Niemczech, a kurier (kosztujący jedynie 20 zł) dostarcza nam zamówienie ekspresowo. Ja złożyłam zamówienie 8 lutego późnym wieczorem, a już w piątek popołudniu otrzymałam wiadomość, że produkt jest gotowy, a przewidywany czas dostawy to 16 lutego. Jakież było moje zdziwienie, kiedy już 13 lutego paczka była u mnie!

Po raz kolejny (poprzedni produkt od Saal zobaczycie -> TUTAJ <-) mogę polecić zakupy w Saal Digital, bo na prawdę znają się na rzeczy i przykładają wielką wagę do staranności wykonania produktów.













10/31/2017

Dom: Zapach na jesień - Yankee Candle Ebony & Oak

Cześć!

Jesień to idealna pora na palenie wosków, chociaż ja nawet latem lubię odpalić jakiś świeży, owocowy zapach. Jednak jakoś się przyjęło, że jesienią i zimą zużycie wosków i świec drastycznie rośnie :) Dziś kilka słów o mojej nowości – która palę (po raz drugi) właśnie w tym momencie. Zresztą: wrażenia zapachowe są dość ulotne, dlatego pisząc o danym zapachu lubię go mieć pod ręką (a raczej nosem), by jak najdokładniej opisać moje odczucia.

wosk zapachowy

W woski zazwyczaj zaopatruje się w Goodies (choć czasem robiąc większe zakupy w innym sklepie, a mającym woski w ofercie zdarza mi się mała zdrada😉). Ten wosk kupicie m.in. własnie -> TUTAJ <-

Co o wosku pisze producent?


Wosk z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o leśnym zapachu stworzonym z mieszanki drzewnych nut dębu, sosny, hebanu, eukaliptusa i paczuli.



Co ja myślę o Ebony & Oak?


Wosk to idealnie wyważona kompozycja wszystkich, wymienionych wyżej, nut zapachowych. Tak naprawdę minimalnie bardziej czuję sosnę, może ciut paczuli, ale nie wybijają się jakoś mocno na pierwszy plan, lecz jedynie symbolicznie dominują nad resztą aromatów. Chociaż czasem kończy się to u mnie bólem głowy, to mimo wszystko wciąż i niezmiennie jestem fanką mocnych i intensywnych zapachów. Temu dałabym jakieś 8/10, bo spotkałam kilka silniejszych petard 😉 Jak to zwykle bywa z woskami YC: wystarcza 1/3 opakowania, by wypełnić pokój skondensowanym zapachem, który utrzymuje się długo. Jako, że mój domek jest niewielki, to jeśli nie zamknę drzwi do pokoju to aromat, choć oczywiście już trochę słabszy, szybko wypełnia cały dom i tworzy mgiełkę otulającego aromatu.


















10/25/2017

Dom: #przydasie czyli co mi wpadło w oko?

Cześć!

Już dłuższa chwilę nie pokazywałam Wam żadnych rzeczy, które wpadły mi w oko podczas buszowania po różnych sklepach. No więc nadrabiam dzisiaj! Parę dni temu trafiłam na ciekawą promocję na Banggood -> TUTAJ <- możecie zobaczyć pełną ofertę marki, której oferta jest obecnie w okazyjnej cenie, a poniżej podrzucę Wam kilka rzeczy, które zaciekawiły mnie najbardziej,



Marka KCASA ma naprawdę różnorodny asortyment: znajdziemy tu i elementy wyposażenia domu i gadżety elektroniczne. Do wyboru, do koloru 😉


Na początek coś, co sprawdzi się świetnie podczas zmiany zawartości garderoby pomiędzy sezonami. Ja mam to szczęście, że posiadam dość spore, niby nieużytkowe poddasze, ale jest tam na tyle ciepło i sucho, że świetnie sprawdza się jako schowek na różne rzeczy. Wylądowało tam między innymi kilka starych szafek, gdzie przechowuję ubrania: na lato wynoszę tam grube, jesienno-zimowe ciuchy, na zimę lądują tam typowo letnie koszulki czy krótkie spodenki. Jednak osoby mieszkające w blokach czy mniejszych domkach nie zawsze mają ten komfort, że cierpią na nadmiar wolnego miejsca. Poniższe worki próżniowe to genialny patent, by zaoszczędzić ogromną jego ilość: według obietnicy producenta może być to nawet 80% przestrzeni. Koszt takiego worka to, w zależności od rozmiaru, 3 - 5$, kupicie go -> TUTAJ <-


Kolejny przydaś świetnie sprawdzi się w kuchni, nie tylko wśród osób dbających o dietę i ważących każdy posiłek 😉 Zgrabna, dokładna kuchenna waga to przedmiot, który powinien być w każdym domu. Odważymy produkty do upieczenia ciasta, przeliczymy jednostki z przepisów znalezionych na zagranicznych stronach. Planuję w końcu kupić jakąś, zwłaszcza, że mam zamiar zająć się w końcu BARFowaniem dla mojej futrzanej mendy. Jak na Banggood cena nie jest niziutka, ale nadal przystępną, jak za tak wielofunkcyjną rzecz. Kupicie ją -> TUTAJ <-


Ten gadżecik należy do kategorii śmieszno-przydatnych 😂 Akurat tutaj mamy wzór dla fanów Star Wars, ale podobnych foremek znajdziemy w sieci masę. Na szczęście odchodzą już do lamusa foremki z plastiku, a ich miejsce przejmują sylikonowe, znacznie wygodniejsze w użyciu: a także łatwiejsze w produkcji, dzięki czemu niższym kosztem mamy dostęp do masy rozmaitych wzorów. Sprawdzą się zarówno do przygotowania oryginalnych kostek lodu do letnich napojów (w zależności od przeznaczenia kostek: możemy zabarwić wodę sokiem owocowym lub spożywczym barwnikiem). Dla fanów słodyczy: trochę rozpuszczonej czekolady, pomiędzy dwie jej warstwy możemy wrzucić malinkę, kawałek truskawki czy odrobinę konfitury), i już po kilkunastu minutach w lodówce lub zamrażalniku mamy własne pralinki 😍


Na koniec drobiazg, który również sprawdzi się w wielu sytuacjach: grill ze znajomymi, przygotowanie pieczeni na obiad czy też – ostatnio konik mojego M. – podczas własnoręcznego przyrządzania i wędzenia różnych pysznych wędlinek. Niby maleństwo, do tego kosztuje niewiele, ale na pewno przyda się nie jeden raz. Kupicie go -> TUTAJ <-













10/24/2017

Lifestyle: Trochę prywaty - czyli nieciekawe wypadki z ostatnich tygodni

Cześć!

Wiecie co, ostatnio nawiedzają mnie – a także moich znajomych same plagi. Ostatnie tygodnie nieźle dały mi w kość, więc przyszłam sobie do Was troszkę pomarudzić, poopowiadać, tak bardziej na luzie, niż zazwyczaj. Choć osoby, które śledzą mnie na Insta i Facebooku już parę rzeczy czytały.


W sumie, to chyba należę do ludzi, którzy urodzili się pod nieszczęśliwą gwiazdą 😉 Ale to już raczej materiał na grubą książkę, a nie wpisy na blogu – chociaż nie wykluczam, że gdzieś tam po drodze o pewnych rzeczach Wam poopowiadam. Od wakacji jednak po prostu wali się i pali na każdym kroku. Zaczęło się od tego, że zrezygnowałam z pracy: tak, zrezygnowałam sama, ale złożyło się na to wiele czynników i mimo wszystko jakoś to przeżyłam, do tej pory jakoś nie mogę wejść w rytm innych działań, czas przepływa mi między palcami nie wiem kiedy. Co prawda mam zamiar ruszyć ze swoją własną działalnością – ale tu muszę czekać do wiosny, aż ruszą środki na dofinansowania. Więc tak siedzę w domu i plątam się z kąta w kąt. Zwłaszcza, że jestem 100% typem multitaskingowca: im więcej i szybciej muszę zrobić, tym sprawniej i chętniej działam. Z kolei jedna, dwie mało pilne rzeczy: odwlekam w czasie na maksa, bo "za chwilę", "jutro", "przecież mam czas" 😁

Tegoroczne plagi zaczęły się na mnie sypać jeszcze wiosną: padł mi – wcale nie stary – laptop, więc konieczność używania własnego komputera w pracy zmusiła mnie do pilnego zakupu czegoś nowego. No i co? Minęło ledwie kilka miesięcy, i już zdążył umrzeć mi dysk. Przed odesłaniem go na gwarancję straciłam prawie 2 tygodnie na próby odzyskania danych (bo tego gwarancja nie obejmuje), no ale niestety, zostałam o niczym. O ile starałam się w miarę regularnie podsyłać pliki w chmurę, to nie zdążyłam przesłać ich wszystkich, bo nigdy nie miałam czasu, żeby siąść te bite 2 dni nad tym, tylko gdzieś z doskoku wysyłałam po folderze, dwóch. Najbardziej mi żal dość starych zdjęć, które niestety nie zachowały się nigdzie indziej 😓 Jedyny miły akcent jest taki, że po odesłaniu dysku na gwarancję: zupełnie nowy, na dodatek troszkę lepszy miałam w domu już 3 dni później.

No ale żeby nie było nudno: w oczekiwaniu na kuriera z dyskiem zajrzałam do piwnicy, bo woda jakoś niemrawo leciała z kranów. Typowe mieszczuchy, a dokładniej "blokersi" 😉 mogą nie znać takich sprzętów – ale nasz domowy hydrofor postanowił przejść na emeryturę. Pół piwnicy zalane wodą z pękniętego zbiornika, dwa dni załatwiania spraw związanych z montażem nowego, i cała sobota spędzona w akompaniamencie cięcia, szlifowania i tłuczenia się w rury + w bonusie 2 dni bez bieżącej wody. No i jak się pewnie domyślacie: kolejny niemały wydatek.


Ale hitem jest to, jaką historię zafundowała mojej przyjaciółce elektrownia: i tu głównym bohaterem jest między innymi pompa od hydroforu. Ponad 2 miesiące temu zaczęła jej się wyłączać bez powodu, nieregularnie, czasem na dłużej, czasem na krócej. Czasem kąpiel bywała wyzwaniem, bo nalanie wody potrafiło trwać i 30 minut. Jeden elektryk, drugi – stwierdzili, że u niej wszystko jest ok, więc zaczęła zgłaszać sprawę do elektrowni. Ale oczywiście: przy każdym zgłoszeniu, zanim ekipa techniczna się do niej dotoczyła, już wszystko było ok. Po którymś zgłoszeniu patrzyli na nią jak na wariatkę mającą zwidy. Dopiero za entym razem technicy natrafili na moment kolejnej w ciągu kilkunastu minut awarii i raczyli stwierdzić, że coś jest na rzeczy. Żeby nie było za prosto – oni sami, nawet mając sprzęt przy sobie, nie mogą założyć specjalnego czujnika napięć, tylko Gosia musiała tracić pół dnia, by złożyć stosowne podanie bezpośrednio w siedzibie elektrowni. Nim owe pismo ktoś raczył rozpatrzyć, którejś niedzieli znów zaczęło się szaleństwo z prądem, żarówki migały, pompa chodziła, jak chciała, więc kolejny raz zjawili się technicy. I bingo! Któryś z nich wpadł na jakże genialny pomysł, żeby sprawdzić pobliską rozdzielnię. I co się okazało? Właśnie te parę miesięcy temu ekipa coś tam grzebała, i nie dokręciła JEDNEGO kabelka, własnie tego, od trzeciej fazy czyli tzw "siły". W konsekwencji: jak wiatr zawiał (dosłownie!) to kabelek stykał lub nie. Sprawa rozwiązana, a tu dzień później telefon z elektrowni z informacją, że podanie o (niepotrzebny już w tym momencie czujnik) zostało w końcu łaskawie rozpatrzone, i chcieli się umówić na montaż. No rychło w czas 😂 Ale to nie koniec: koleżanka ma duży piec z podajnikiem, wraz z komputerowym sterownikiem. Okazało się, że za sprawą tych cyrków z elektrowni komputer się spalił, a wymiana to – bagatela – ponad pół tysiaka. Na szczęście koleżanka ma dość spory pakiet ubezpieczenia domu, więc bez problemu uzyskała odszkodowanie.

Do tej pory jakoś nie potrzebowałam korzystać z nadprogramowych ubezpieczeń, ale patrząc na ostatnie miesiące: chyba najwyższa pora o czymś pomyśleć 😂 Gosia w skali roku wcale nie płaci jakiegoś majątku, a jej ubezpieczenie obejmuje naprawdę spory zakres różnych wypadków i przypadków. Owszem, często zdarza się, że ubezpieczyciele zaniżają wysokość wypłat, ale po pierwsze – lepszy rydz, niż nic; po drugie, jak już gdzieś nadmieniałam we wcześniejszych wpisach, w razie rażąco niskiej kwoty zawsze mamy możliwość walczyć o więcej. Sporo dobrego słyszałam o Kompensji, jednak ona zajmuje się troszkę innym zakresem odszkodowań (wypadki komunikacyjne czy w pracy).  Tak więc nawet mając wykupione ubezpieczenie w TU, zawsze dobrze mieć w zanadrzu firmę o renomie Kompensji, która w razie potrzeby pomoże nam uzyskać odpowiednią kwotę odszkodowania.

Co sądzicie o wykupywaniu dodatkowych ubezpieczeń? Uważacie że warto? A może korzystacie i możecie polecić jakąś sprawdzoną firmę?










9/20/2017

Dom: Wspomnienie lata z Yankee Candle - wosk Pineapple Cilantro

Cześć!

Za oknem już jesień 

– chociaż słońce ładnie świeci, to temperatura za oknem nie zachwyca, a na dobicie: wieje dość mocny i zimny wiatr 😞 Przez najbliższe pół roku (a nawet ciut dłużej) – będę kląć na czym świat stoi i wynurzać się z domu tylko w stanie najwyższej konieczności. Gdzie te moje 5 baniek (albo chociaż ze 2) w Lotto, no gdzie? 😉 Bo plan już opracowany: przeprowadzić się bliżej równika, do jakiegoś ciekawego kraju, gdzie koszty utrzymania są (dla nas) śmiesznie niskie, i po podpięciu się do neta pracować jak do tej pory, zarabiając nadal w PLN czy EUR 😂

Ale ja dziś nie o tym 😁 Robię co mogę, by lato zatrzymać na dłużej, więc do gry wchodzą woski o świeżych, typowo wakacyjnych zapachach!


Kolejny zapach od Yankee Candle:

Niewielka porcyjkę tego zapachu sprawdzałam już jakiś czas temu, teraz palę go drugi dzień z rzędu. Mowa o tytułowym Pineapple Cilantro od Yankee Candle, który możecie znaleźć między innymi na Goodies.pl, a dokładnie -> TUTAJ <- Tarteletki już jakiś czas temu trochę podrożały, ale według mnie – nadal warto je kupić, bo w parze z ceną idzie naprawdę świetna jakość i wydajność. Większość wosków spokojnie można podzielić na 2 – 4 części, dodatkowo drugie palenie tego samego wosku nadal daje, oczywiście mniej intensywny, ale wyczuwalny aromat.


(1)

Jak pachnie Pineapple Cilantro?


Ananasowy, mocno zamrożony i w pełni naturalny sorbet zaserwowany z listkiem aromatycznej kolendry – to przepis na letni koktajl idealny. To także receptura sprawdzająca się podczas domowych sesji aromaterapeutycznych! Wosk Pineapple Cilantro tworzy niekonwencjonalny miszmasz i swoim zapachem – wyczuwalnym w chwilę po podgrzaniu – kreuje atmosferę cudownych wakacji przeżywanych na tropikalnej wyspie. Gorące słońce, czysta plaża, lazurowa woda, świeża, pachnąca solą bryza i... zimny, ananasowy sorbet z dodatkiem kolendry! Marzenia o raju zamieniają się w prawdę, a rzeczywistość zaczyna pachnieć egzotyką!


Cóż... mój nos jakoś tego ananasa wyłapuje mniej, niż by wypadało 😉 Owszem, gdzieś tam się przemykają jego nuty, ale nie dominują w aromacie. W moim odczuciu zapach wosku to idealnie wyważona mieszanka wszystkich składników, żaden z nich nie wybija się na pierwszy plan. Wosk oceniam bardzo na plus – świeża woń niesamowicie przypadła mi do gustu. Trwałość i wydajność: jak zazwyczaj w woskach YC jest bardzo dobra. Aromat długo unosi się w pomieszczeniu, na jedno palenie w zupełności wystarcza 1/3 krążka. Kolejny zapach, który trafia na listę moich ulubieńców!








----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Źródła:
(1) http://www.goodies.pl/woski-zapachowe/108-kolendra-i-ananas-pineapple-cilantro.html

9/13/2017

Dom: dla ozdoby, na pamiątkę - fotoobrazy Saal Digital

Cześć!

W dzisiejszym świecie cyfrowe przechowywanie danych wiedzie prym. Niewiele jest osób, które wywołują zdjęcia – na szczęście moda na fizycznie dostępne fotki gdzieś pomału zaczyna powracać. Fotoksiążki znów wkradają się w nasze łaski, często też decydujemy się na tradycyjny wydruk naszych ulubionych zdjęć.


Dziś chcę Wam pokazać fotoobraz, który trafił do mnie dzięki fajnej akcji na Fejsie. Zupełnie przypadkiem trafiłam na reklamę firmy specjalizującej się w różnego rodzaju wydrukach. W promowanym poście była umieszczona króciutka ankieta wraz z jednym pytaniem, na które należało odpowiedzieć. Te 3 zdania, które tam wpisałam spodobały się komuś na tyle, że otrzymałam kupon do wykorzystania w ich sklepie. Ograniczeniem była (wcale nie mała) kwota oraz konkretny dział – fotoobrazy. W tej kategorii jest jednak aż 6 różnych pod względem techniki wykonania i wyglądu propozycji, do tego dochodzą duże możliwości personalizacji produktu.


Jak może kojarzycie - parę lat temu, przed Kalą, miałam innego kota, Bandziora. Niestety straciłam go – w dużej mierze z własnej winy, czego nadal sobie nie mogę wybaczyć 😓 Został mi po nim jedynie folder ze zdjęciami (i kilka drobiazgów, które przejęła Kala). Korzystając z możliwości wydruku - od razu wiedziałam, że właśnie jego zdjęcie zawiśnie na mojej ścianie.

Zarówno kreator na stronie Saal-Digital, jak i dedykowana aplikacja są bardzo czytelne i banalnie proste w obsłudze. Bez problemu zaplanowałam wygląd fotoobrazu. Miałam o tyle utrudnione zadanie, że zarówno kształt wybranego zdjęcia, jak i jego jakość nie pozwalały na całkowite wypełnienie dostępnej powierzchni. Jednak można bez problemu dobrać tło, które wpasuje się w wasze wnętrze – a z większej odległości wygląda jak ładne passe-partout. Z racji tego, że większość mebli w pokoju mam czarnych - taki też kolor "ramki" wybrałam.


Już 2 dni po złożeniu zamówienia otrzymałam informację, że kurier jest w drodze. Zdziwiło mnie trochę, że fotoobraz wędruje do mnie aż z Niemiec, bo jakoś nie doczytałam tej informacji na stronie. Mój wybór padł na opcję Dibond:

Dibond to multitalent: stabilny, sztywny, odporny na warunki pogodowe z niewiarygodną ostrością

Dzięki drukowi UV najnowszej generacji z 6-kolorami, (pierwotnie tylko 4) i 6-krotnemu utwardzaniu UV osiągamy imponującą intensywność barw przy najwyższej rozdzielczości (obraz nie jest rozpikselowany) i maksymalnej ostrości. Nawet duże powierzchnie o jednakowych kolorach prezentują się w niesamowicie nasyconych barwach, oddając przy tym detale w najwyższej rozdzielczości.
Płyta aluminiowa o grubości 3 mm (powierzchnia matowa)
Wielkość dopasowana na życzenie co do centymetra
6-cio kolorowy druk bezpośredni UV (CMYK uzupełnione o light magenta i light cyan)
Płyta ekstremalnie stabilna, sztywna i odporna na warunki pogodowe
W zależności od formatu, dibond jest możliwy z mocowaniem aluminiowym, standardowym bądź na śruby
Pierwsze wrażenie? Wow! Płyta z nadrukiem jest – ciężko to opisać - zarazem lekka i poręczna, ale równocześnie masywna i wyglądająca bardzo solidnie. Mój projekt ma wymiary 40 na 40 cm, w zestawie dołączony jest aluminiowy zaczep do powieszenia oraz silikonowe dystansery – takie małe, okrągłe naklejki, które mocujemy na dole tylnej powierzchni, by zarówno zabezpieczyć ścianę, jak i też sprawić, żeby obraz wisiał idealnie w pionie.



Tak, jak wspomniałam już wyżej – jakość fotoobrazu jest naprawdę bez zarzutu. Mimo, że oryginalne zdjęcie jest przeciętnej jakości, to nadruk nie wykazuje żadnych objawów pixelozy 😉 Powierzchnia jest półmatowa – jedyny jej minus, to odbijające się na niej paluchy, no ale przecież po powieszeniu obrazka raczej nie macamy go co chwilę 😁, więc spokojnie można przymknąć na to oko. Bezproblemowo możemy przecierać go wilgotną ściereczką, by pozbyć się kurzu, jak na razie nie zauważyłam, żeby w jakikolwiek sposób wpłynęło to na wydruk. 

Cena tego typu obrazu może nie należy do najniższych, ale jak na razie jestem bardzo zadowolona, i zaczynam zastanawiać się nad kolejnym zamówieniem. Zwłaszcza, że jeszcze przez jakiś czas trwają dwie promocje: na fotoobrazy oraz na fotoksiążki <- pod tymi linkami znajdziecie szczegóły oferty!





6/15/2016

Jak pachnie świeżość? Clean Cotton od Yankee Candle

Hej hej :)


Dawno nie było na blogu nic o żadnym zapachu, więc spieszę to nadrobić. W sumie miałam dość sporą przerwę w paleniu wosków, ale ostatnio przypomniałam sobie o gagatku, którego dzisiaj opiszę :) Odleżał swoje w moim pudełeczku z woskami, ale i na niego przyszła pora :) 



Wosk Yankee Candle o nazwie Clean Cotton możecie kupić na www.goodies.pl - a dokładnie TUTAJ, w standardowej cenie 8 zł za krążek.

Szczerze, to planowałam ten wosk kupić, jak tylko się dowiedziałam, że istnieje coś takiego jak woski zapachowe, i że YC wypuściło wosk o takim właśnie zapachu. Kocham zapach proszku do prania ;) i gdy zimą wieszam pranie na rozkładanej suszarce w pokoju, to jestem prze-szczęśliwa, że mi ładnie pachnie. 

Na wosku się nie zawiodłam, dałam do podgrzewacza mniej więcej 1/3 tarteletki. Wystarczyło to, by cały dom dość szybko wypełnił się zapachem identycznym z tym, jaki rozsiewają wokół siebie świeżo wyprane ubrania. "Proszkowy" aromat utrzymywał się jeszcze długo po wypaleniu tealighta; dziś zrobiłam drugie palenie tej samej porcji, i zapach, choć już nie tak intensywny to nadal jest wyczuwalny. 

Wosk dołącza do grona moich ulubieńców <3 













Buziaki :*

4/02/2016

Pachnąco: Vanilia Bourbon

Hej hej :)


Już od paru dni zbieram się, by napisać Wam o kolejnym wosku, który przywędrował do mnie z www.goodies.pl


Wosk o nazwie Vanilla Bourbon kupicie TUTAJ w cenie 8 złotych za krążek

Wosk z aromatycznej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o zapachu tajemniczej, słodkiej mieszanki z odrobiną mocnego bourbona i grubą warstwą kremu posypanego wanilią.

Zacznę od tego, że wosk jest bardzo intensywny, 1/3 tarteletki spokojnie wystarcza na jednorazowe palenie. Zapach szybko wypełnia całe pomieszczenie i unosi się w nim długo po zgaśnięciu tealighta. Porcję wosku bez problemu można zapalić drugi raz, aromat jest wówczas delikatniejszy ale nadal wyraźnie wyczuwalny.

Vanilla Bourbon przypadnie do gustu wszystkim fankom mocnych, słodkich aromatów. Nuty bourbona idealnie komponują się z kuszącą wanilią tworząc ciekawy duet :) 

Uwielbiam tego typu kompozycje ❤ i z pewnością jeszcze nie raz go kupię :) 




Buziaki :*

3/06/2016

Owocowe orzeźwienie :)

Hej hej :)


Dzisiaj przychodzę do Was z pachnącym wpisem. Kolejny wosk, który kupiłam na www.goodies.pl to Cranberry Twist - kupicie go TUTAJ za 8 zł



Wosk z owocowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o zapachu orzeźwiającej mikstury składającej się z żurawiny, skórki cytrynowej i odrobiny świeżego imbiru.





 



Mówiłam Wam już, że uwielbiam wszelakie "jedzeniowe" aromaty, i owoce zaliczają się u mnie do tej grupy. Zapach przypadł mi do gustu od pierwszego niuchnięcia - żurawinowe nuty zostały doskonale dopełnione odrobinką cytryny i imbiru. Fajny, orzeźwiający zapach, który sprawdzi się na wiele okazji :) 






Buziaki :*