Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty

4/14/2018

Kuchnia: Moje ulubione (nie)herbaty poniżej 10 zł


Cześć!

Uwielbiam herbatę. "Herbatę" również – bo pewnie wiecie, że sporo mieszanek dostępnych na rynku, nazywanych przez producentów herbatą tak naprawdę koło niej nawet nie leżało. Co nie zmienia faktu, że wiele z nich jest naprawdę smacznych i sięgam po nie równie chętnie, co po prawdziwą herbatę. Z tym, że dla mnie porą na herbatę są chłodniejsze, jesienno-zimowe miesiące. Wtedy potrafię parzyć ją w ilościach hurtowych: nie bawię się wówczas w zaparzanie w kubku (chyba, że tym moim, "specjalnym, który ma prawie 1 litr pojemności ;) ), tylko od razu przygotowuję ją w sporym dzbanku, który trzymam w zasięgu ręki :) 


Prawdziwa herbata: co to jest?

To napar przyrządzany z liści i pąków grupy roślin, nazywanych tą samą nazwą, należących do rodzaju kamelia (Camellia). Rośliny te są do siebie podobne, traktowane jako odrębne gatunki lub odmiany jednego gatunku – herbaty chińskiej (Camellia sinensis). /za: Wikipedia/


Jeszcze kilkanaście lat temu nawet zwykła, czarna herbata dobrego gatunku była dość ciężko osiągalna. W sklepach królowały saszetki, w których ciężko było znaleźć coś poza drobnym pyłkiem, który ciężko przyrównywać do herbaty. Wraz z otwarciem rynków i rozwojem importu: coraz łatwiej dostępne, a przez to i popularniejsze są różne odmiany herbaty, dzięki trochę innemu procesowi produkcji znacznie zdrowsze od czarnej. Na wyciągnięci ręki jest teraz zielona herbata, czerwona, biała... Ja jednak raczej za nimi nie przepadam: wyjątek stanowi tu Pu-Erh, którą bardzo lubię.
Jeśli chodzi o tę prawdziwą herbatę, to – poza wspomnianą wyżej czerwoną – pijam jedynie tę  najpospolitszą,  czarną oraz Earl Grey'a 😍

I choć pojedynczych ziół czy owocowych naparów też zbytnio nie lubię, to ich rozmaite mieszanki należą do moich ulubieńców! Dziś chcę Wam pokazać moje TOP – jak już wspomniałam, ja je pijam zazwyczaj w chłodniejszym okresie roku, ale smakują one równie dobrze na zimno, więc są świetnym zamiennikiem rozmaitych, gotowych napojów w okresie letnich upałów.


Ogólnie zioła to zuo, ale Sekret Zakonnika jest naprawdę smaczny! Co prawda efektów odchudzających, o których zapewnia producent, jakoś nie zauważyłam, ale to też wina mojej nieregularności w jej piciu. Owszem, początkowo starałam się ją pić regularnie, te 2 razy dziennie, ale oczywiście po paru dniach zapał mi przeszedł i parzyłam ją już rzadziej, wtedy, kiedy miałam na nią smaka 😋 Nie jest droga, w aptece kosztowała jakieś 7 zł za 40(!) saszetek. Jeśli więc walczycie z dodatkowymi kilogramami, a macie w sobie więcej systematyczności niż ja, to warto spróbować.

Yerba Mate z dodatkiem aloesu to łup z herbacianej promki w Biedronce. Niestety już ją skończyłam, bo była taaaaaaaaaaka pyszna 😍, a teraz nigdzie nie mogę jej znaleźć. Wielki smuteczek, że nie wzięłam więcej opakowań na zapas, ale liczę na to, że prędzej czy później uda mi się ją gdzieś dorwać. Wstyd przyznać, ale było to moje pierwsze spotkanie z YM, i jestem zachwycona: dawała mi większego kopa niż kolejna kawa, więc tym chętniej po nią sięgałam.

Rooibos nie każdemu będzie smakował – moja przyjaciółka po wypiciu łyczka wylała ją i stwierdziła, że próbuję ją otruć 😂 Mimo specyficznego smaku bardzo ją lubię, i zawsze mam w domu kolejne opakowanie w zapasie.


Tak, wiem, Granella to świństwo, chemia, cukier itd. Ale co poradzić, że ją lubię? 😆 Również wersja cytrynowa mi smakuje, choć samej cytryny, jako takiej, raczej unikam. No i te wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to z kuzynką sypałyśmy ją sobie na małe talerzyki i jadłyśmy ją "na sucho", zbierając ją wprost z powierzchni talerzyka językiem 😂😂😂 Jest to też dobra opcja, kiedy potrzebujemy zrobić szybko coś bardzo zimnego do picia, bez czekania, aż zaparzany napój ostygnie. Z racji wspomnianego, niezbyt fajnego składu, staram się ją ograniczać do minimum, ale raz na jakiś czas można sobie pogrzeszyć, prawda?

Twój Ogród – ponownie produkt z Biedronki – to kolejne pyszności, których NIGDY nie może u mnie zabraknąć. Nie wszystkie kompozycje smakowe lubię, ale jest ich spory wybór, więc każdy z Was z pewnością znajdzie wśród nich coś, co mu przypadnie do gustu. Zazwyczaj mam w szafce przynajmniej 3 napoczęte smaki, które pijam zamiennie, ale gdybym miała wybrać tę jedną, jedyną wersję, to chyba postawiłabym na wiśnię (i znów, paradoksalnie, za samą wiśnią, taką jedzoną na świeżo czy też w przetworach raczej nie przepadam, ale żurawina i granat świetnie się z nią komponują i tłumią te nuty smakowe, których nie lubię).


A Wy jakie napoje, herbaty lubicie najbardziej? Wolicie prawdziwą, klasyczną herbatę, czy też stawiacie na różnorodność i rozmaite mieszanki?

Ja cały czas testuję kolejne nowości, więc czekam na Wasze polecajki, może wśród nich znajdę kolejnego ulubieńca!
















3/23/2018

Lifestyle: Czarny Piątek - marzec 2018

Cześć!

Wiem, że dzień już pomału się kończy, ale niestety w pracy miałam niezły kocioł, i dopiero teraz udało mi się znaleźć chwilę, by napisać parę zdań o temacie, który od jakiegoś czasu powraca jak bumerang.


Dzisiaj, po raz kolejny już, ludzie wyszli na ulicę, by zaprotestować przeciwko zaostrzaniu prawa aborcyjnego, do czego od dłuższego czasu próbuje doprowadzić nasz rząd. Mimo, że jestem kobietą, to mam nadzieję, że temat ten nie dotknie mnie nigdy bezpośrednio, jednak uważam, że mogę, a nawet powinnam wtrącić swoje "trzy grosze" na ten temat. Bo jedynie zupełny celibat dałby mi pewność, że sprawa nigdy mnie nie dotknie, a w celibacie żyć nie zamierzam 😉

Przypomnę, że obecnie aborcja w Polsce jest prawnie dozwolona w trzech przypadkach:

  • kiedy ciąża zagraża życiu lub zdrowiu matki
  • kiedy przesłanki medyczne wskazują na ciężkie, nieodwracalne uszkodzenie płodu lub nieuleczalną chorobę (tzw. aborcja eugeniczna)
  • kiedy ciąża jest wynikiem gwałtu

Obecne prace nad zaostrzeniem ustawy bezsprzecznie mają związek z naciskami kościoła oraz ruchów pro-life. Ja – mimo, że jestem osobą wierzącą – uważam, że obecnie dopuszczalne prawnie przypadki aborcji są jak najbardziej uzasadnione, i ten kompromis pomiędzy "wolną amerykanką" i aborcją na życzenie a jej całkowitym zakazem jest naprawdę dobrze wyważony i zupełnie nie rozumiem tak stanowczych dążeń do jego zmiany. Również wiele z argumentów wysuwanych przez "obrońców życia" jest dla mnie – powiem wprost – z dupy wziętych, nie mają one medycznego ani nawet etycznego uzasadnienia.

Dlaczego? Może po kolei: najpierw odniosę się do każdego z trzech powyższych punktów, na koniec dodając coś więcej.

1) Zagrożenie życia/zdrowia kobiety.
Przeciwnicy aborcji uważają, że kobieta ma urodzić dziecko za wszelką cenę, nawet, jeśli wszystko wskazuje na to, że zakończy się to jej śmiercią lub ciężkim uszczerbkiem na zdrowiu. A ja się pytam: skoro są tacy pro-life, to czemu w tej sytuacji nie bronią życia kobiety, tylko płodu? Płodu, który w tym momencie prawdopodobnie* nie odczuwa jeszcze bólu, nie myśli. Kto daje im prawo do decydowania, że jedno życie jest ważniejsze niż inne? A co w sytuacji, kiedy kobieta ma już inne dziecko czy też dzieci? Ma umrzeć rodząc (lub próbując donosić) kolejne, tylko po to by osierocić pozostałe? W tej sytuacji na szali mamy już nie 1 życie za 1, ale w grę wchodzą kolejne.


2) Uszkodzenie lub ciężka choroba płodu
Ostatnio przemknął mi przed oczyma artykuł, gdzie rodzice cieszyli się, że nie wykonano aborcji, i przez kilka godzin mogli pobyć ze swoją córeczką. Że co proszę??? Jak można cieszyć się, że zafundowało się maleństwu kolejnych kilka godzin męczarni: nie wspominając już o ostatnich tygodniach ciąży, kiedy to dziecko również odczuwało ból i również cierpiało. Tygodnie bólu, które dziecko musiało znosić, tylko po to, żeby dwoje egoistów przez kilka godzin mogło popatrzyć na pokiereszowane, zniekształcone ciałko. To jest miłość rodziców? Według mnie NIE! Egoizm w najczystszej postaci: "bo MY chcemy ją zobaczyć". Ja rozumiem, że każdy ma inną psychikę, i być może widok dziecka jakoś pozytywnie wpłynął na pogodzenie się rodziców z faktem, że go tracą – ale nadal jest to pieprzony egoizm i zupełny brak empatii wobec tej małej istotki.

3) Ciąża w wyniku gwałtu
Jeżeli dwoje dorosłych ludzi wspólnie podejmuje decyzję o współżyciu, to mimo stosowania antykoncepcji zawsze muszą mieć świadomość, że może ona zawieść i kobieta zajdzie w ciążę. Ale w sytuacji, kiedy decyzja o seksie nie była wspólna, kiedy ciąża jest wynikiem przestępstwa, kiedy kobieta jest już wystarczająco udręczona faktem, że została ofiarą: to czemu ma być zmuszana do rodzenia dziecka, które jest wynikiem przestępstwa? Dziecka, które każdego dnia będzie jej przypominać o tragedii, jaka ją spotkała?



Ruchy pro-life i kościół, a pod ich naciskami wkrótce pewnie i rząd chcą sprowadzić kobietę do roli chodzącego inkubatora. Jej życie (a czasem i losy innych członków jej rodziny) stawiają niżej niż życie nienarodzonego jeszcze dziecka. Czy według Was jest to fair z etycznego i moralnego punktu widzenia? Skoro tak ostro walczą o życie, niech każde z nich stawiają na równi! Szalę tu powinny przeważać zarówno względy medyczne, jak i też świadoma i dobrowolnie wyrażona wola kobiety. Nikt przecież do aborcji kobiet nie ZMUSZA, prawda? Jeśli kobieta zechce urodzić dziecko, mimo groźby swojej śmierci: nikt jej nie może tego zabronić, nakazać jej aborcji. A fakt jest taki, że niezależnie od obowiązującego prawa: jeżeli kobieta – nawet przy obecnym stanie prawnym – ma "widzi-mi-się", żeby usunąć ciążę, to tak i tak zrobi to, tyle że nielegalnie**. Pieniądze w takiej sytuacji czynią cuda, podróż do kraju, gdzie prawo jest mniej restrykcyjne również nie jest trudna. W momencie, kiedy prawo zostanie zaostrzone – śmiem twierdzić, że wiele kobiet decydując się na ratowanie własnego życia: zarazem zaryzykuje je dokonując aborcji pokątnie: za pomocą ryzykownych sposobów odnalezionych w sieci, czy też u lekarza, który tak naprawdę nie ma wystarczającej wiedzy i doświadczenia czy warunków, by wykonać zabieg w sposób bezpieczny. Podziemie aborcyjne już pewnie zaciera rączki z radości, że przybędzie im pacjentek, i kasy...

Tak więc zaostrzenie przepisów antyaborcyjnych, to nie tylko jeszcze większe ryzyko dla kobiet. To męczarnie, jakie przeżywa takie donaszane "na siłę" dziecko, które nie ma szans na przeżycie, czy normalne funkcjonowanie po urodzeniu.

Owszem, zdarzają się źle postawione diagnozy i dziecko, które miało być zdrowe: okazuje się chore, i na odwrót. Ale duża część winy leży tu po stronie rządu i NFZ, którzy nie dokładają wszelkich starań, by zagwarantować kobietom darmowy, swobodny, i co ważne: szybki dostęp do wszelkich możliwych, najnowocześniejszych metod badań, by z jak największą starannością można było ocenić stan zdrowia płodu.


*
Co prawda mimo wielu badań i postępów medycyny nadal jest ciężko to ustalić z większą dokładnością i stuprocentową pewnością, ale wbrew temu, co uparcie twierdzą działacze pro-life: płód przypuszczalnie (co do czego zgadza się zdecydowana większość badaczy tego tematu) zaczyna odczuwać ból dopiero gdzieś w okolicy 7 miesiąca ciąży. Tak więc prawidłowo i odpowiednio wcześnie przeprowadzona aborcja nie powoduje najmniejszego bólu u płodu, który w tym momencie nie ma wystarczająco wykształconego układu nerwowego, by cokolwiek poczuć. Za to w kolejnych tygodniach ciąży, która nieuchronnie ma się zakończyć porodem zdeformowanego, chorego dziecka to kilkanaście tygodni cierpień tego maleństwa. Czy to jest etyczne i takie "miłosierne": pozwalać na wiele tygodni bólu, tylko po to, by dziecko "pobyło" na świecie kilka godzin, może parę dni? Z których większość to będzie dalszy ciąg bólu...


Ludzie wychodzą na ulicę: i nie, nie tylko kobiety. Na szczęście coraz więcej mężczyzn interesuje się tą sprawą i dołącza do swoich żon, dziewczyn, sióstr, by głośno powiedzieć NIE planowanym zmianom. Bo skoro teraz jest – w moim odczuciu – sprawiedliwie, bo kobiety (i ich partnerzy) mają wybór,  to czemu banda z Wiejskiej i pro-life'owcy chcą zmuszać nas, kobiety do cierpienia, zmuszać do niego nienarodzone dzieci, których czas jest policzony nie w miesiącach ale godzinach, zmuszać mężczyzn do patrzenia, jak ich partnerki i dzieci cierpią, a oni mogą tylko bezsilnie się temu przypatrywać?

Po co zmieniać coś, co od tylu lat (w miarę**) działa?









1/06/2018

Ludzie: Rodzicu - POMYŚL czasem!

Cześć!

Tak robię sobie właśnie poranną prasówkę, przeglądam Facebooka. I trafiłam na jednej z grup na post, którego temat już dawno chodził mi po głowie. Jako, że nasz kochany Facebook uznał moje 3(!) udostępnienia postu za spam :P i mam chwilową blokadę na udzielanie się w grupach: stwierdziłam, że moje trzy grosze wtrącę tutaj.


Każdy z nas wrzuca czasem jakąś fotkę do sieci. A to, żeby pochwalić się nową fryzurą, egzotyczną wycieczką, czy po prostu pokazać jakieś ciekawe ujęcie. Ale czy robicie to z głową? Jesteście pewni, że za jakiś czas nie będziecie żałować umieszczenia tego zdjęcia? A może pokazaliście na nim za dużo?

Zacznę od rozprawienia się z mitem, który krąży po zakamarkach Facebooka. Nie – wrzucając na niego zdjęcie nie tracicie do niego praw autorskich; ani osobistych (te są zawsze niezbywalne: czyli informacja o tym, kto jest autorem), ani majątkowych. Krótko mówiąc: nikt nie może bez Waszej wyraźnej zgody pobrać zdjęcia, wykorzystać go w jakiś sposób. Samo prawo majątkowe (czyli możliwość komercyjnego użycia zdjęcia i zarabiania w bezpośredni/pośredni sposób na nim) możecie odstąpić/odsprzedać. Niestety u wielu ludzi nadal pokutuje to błędne przekonanie, na dodatek bardzo chętnie je rozpowszechniają: "Przecież jest na Fb to mogę korzystać".

Ale wrzucanie zdjęć do sieci wiąże się również z innymi zagrożeniami, o których bardzo często zapominamy. Czy zastanawiałeś się kiedyś, że informacja o zagranicznym wypadzie całej rodzinki może być sygnałem dla jakiegoś włamywacza, że "O! tu warto zajrzeć?" Że pokazywanie drogiego sprzętu, wyposażenia domu to komunikat: "U nich się obłowię"? Ale okey, jesteście dorośli, więc w tej sytuacji możecie stracić "tylko" kasę – choć gdy złodziej napotka w domu np. osobę, która przyszła podlać kwiatki, nakarmić kota: też może się to skończyć znacznie gorzej.

Jest jednak pewna grupa ludzi, która wiedzie prym w bezmyślnym wrzucaniu zdjęć na Facebooka. Rodzice, a głównie mamy: zafiksowane (tak, nie waham się użyć tego określenia) na punkcie własnego dziecka. Ja rozumiem, że kochasz swoje maleństwo i chcesz się chwalić nim na prawo i lewo: chociaż powinnaś brać poprawkę, że nie wszyscy chcą je wciąż oglądać. Ale w tej gromadce przeważają kobiety, które nawet nie potrafią (a może nie chcą) ustawić widoczności zdjęć na "tylko znajomi" i pokazują swoje dziecko całemu światu. Naprawdę: Facebook to nie miejsce na tworzenie pamiątkowego albumu!


O ile rozumiem wrzucenie od czasu do czasu kilku zdjęć z ważnych uroczystości, jakiejś fotki niemowlaka (którego twarz szybko się zmienia, i wkrótce ciężko go będzie nawet zidentyfikować) w uroczym ubranku, to niektórych matek nie rozumiem wcale. 10 zdjęć dziennie: naprawdę nie masz żadnego życia poza niańczeniem dziecka? 24h na dobę patrzysz w nie, jak w obrazek, nie robiąc nic innego, niczego tylko dla samej siebie?
Zdjęcie na nocniczku, zdjęcie z kąpieli, wyprawa na plażę i dzieciak biegający po niej na golasa. Serio?! Owszem, pedofile istnieli zawsze, ale dzięki takim fotkom, udostępnianym publicznie, mają znacznie prostszą niż dawniej drogę do uzupełniania swojej kolekcji zdjęć.

Odnośnie plażowych fotek: osobiście potępiam sam fakt puszczania dzieciaczka, często już dość wyrośniętego, bo 3, 4 letniego, zupełnie gołego. Tak, na plaży też możesz trafić na zboczeńca, pedofila. Jeśli sama opalasz się toples: Twój wybór, powinnaś mieć świadomość, że poza rasowymi zboczeńcami – jakieś 3/4 facetów tak i tak zahaczy wzrokiem. Ale narażać dziecko na to, że jego fotka, nawet już niekoniecznie zrobiona przez Ciebie, trafi do fapfolderu zboczeńca?

Pomijając pedofilów: czy nie uważasz, że wstawianie fotek roznegliżowanego dziecka to obdzieranie go z prywatności i godności, nad którą to Ty, do pewnego momentu, masz obowiązek czuwać? Czy wrzucając zdjęcie maleństwa z rozłożonymi nogami, podczas zmiany pieluchy: zastanawiasz się, co ono poczuje za 10-15 lat, kiedy znajdzie w sieci takie zdjęcie? Jesteś pewna, że rzuci Ci się na szyję mówiąc "dziękuję"? Jakoś nie sądzę. Będzie złość, wstyd, zawód.

Zastanów się 10 razy, zanim uznasz, że zdjęcie nadaje się do publikacji.









11/10/2017

Lifestyle: Grosik do grosika, czyli jak w prosty sposób oszczędzić i dorobić!

Cześć!
Internet, jak ja go kocham! Spędzam w nim sporo czasu, większość zakupów robię on-line, skrzynka mailowa zawsze działa w tle. Czemu by z tego nie skorzystać i nie dorzucić do domowego budżetu paru grosików? Choćby na kolejne zakupy ;) 


Na początek moje nowe odkrycie - serwis Cahback'owy TIPLI. Co to właściwie jest Cahback i jak działa? Serwis tego typu podpisuję umowę ze sklepem i otrzymuje rabat na zakupy. Dzieli się tym rabatem z użytkownikami, oferując (w wypadku TIPLI) 1 – 25% zwrotu kosztów zakupu. Jako, że 11.11 na Aliexpress to szał zakupów: warto się zarejestrować od razu! 10 zł zwrotu na początek, 10% zwrotu za zakupy na Alie, więc przy załadowanym koszyku może wyjść z tego ładna sumka. Od sierpnia już raz wypłaciłam uzbierany cashback. W programie jest sporo popularnych sklepów: drogerie, zooplus, sklepy z dodatkami do domu itd. Polecam zainstalować dodatek do przeglądarki (kolejna kasa za jego dodanie): na każdej stronie objętej programem wyświetli Wam się okienko do przejścia poprzez TIPLI. I o tym trzeba pamiętać – nie wchodzimy bezpośrednio do sklepu, tylko poprzez stronę lub wtyczkę Tipli: w końcu jakoś muszą odnotować skąd było wejście, prawda?
W zeszłym roku testowałam podobny program, ale minimum do wypłaty dużo większe, i mimo dodatkowych ankiet do wypełniania: jeszcze nie udało mi się nic wypłacić!



Teraz przechodzimy do działu ANKIETY online. Przerobiłam wiele programów, polecam te, gdzie szybko i łatwo można zebrać punkty, i nie ma problemu z "wstrzeleniem się" do grupy docelowej. Taka uwaga: nie podawajcie danych wziętych z kosmosu – w kolejnych ankietach (a czasem w tej samej) może pojawić się podobne pytanie i rozbieżności są wychwytywane, co może skutkować usunięciem z panelu. TIP: Warto założyć osobną skrzynkę e-mail tylko na takie rzeczy. Wtedy wszystko czytelnie, sprawdzacie sobie raz na dzień czy dwa (większość ankiet ma parę dni ważności, ale czasem warto się spieszyć, bo są np. limity liczby uczestników). Uczestnicy są też "przesiewani pod kątem grupy docelowej, ale zazwyczaj są to 2-3 pytania i minutka czasu, a jeśli się nie zakwalifikujecie, to tez otrzymacie niewielką ilość punktów za samą chęć udziału. Ilość punktów zależy zazwyczaj od serwisu i stawki za daną ankietę.
Większość ankiet można wypełnić na smartfonie (choćby jadąc autobusem czy czekając w kolejce do lekarza), tylko do niektórych konieczny jest komputer.

CASHBACK 2 -> KLIK

Działa na tej samej zasadzie, co powyższa strona. Wysokość % zwrotu się różni, część sklepów jest rożna. Przed zakupami w sieci: sprawdź obie strony i sprawdź, gdzie jest korzystniej :)
ANKIETY 1  – wersja standard oraz Klub Widza. 
Aby otrzymać zaproszenie: napiszcie do mnie na priv (mail lub fb podając maila do rejestracji).
Standard: pytania z różnych dziedzin, 25–60 pkt za ankietę – wypłata 250 pkt = 25 zł na PayPala lub w formie bonu do Empiku. Tu nie musisz pilnować limitu punktów, raz w miesiącu obsługa sprawdza, kto przekroczył próg i otrzymujesz maila z pytaniem o wybór sposobu rozliczenia. Na początku ankiety przychodziły z różną częstotliwością, ostatnio jest ich więcej. Za niezakwalifikowanie się do ankiety od 2 do bodajże 7 punktów.
Jak widzicie: 2 miesiące i już kolejna wypłata się kroi 😀



Klub Widza: tu ankiety odnośnie preferencji serialowo-filmowych, czasem odcinek serialu do ocenienia. Rzadsze ankiety niż w standard, ale jeśli jesteś kinomaniakiem, to będziesz przy okazji na bieżąco z nowościami. 15–90 pkt za ankietę, brak kwalifikacji: 5–7 pkt. Po link: jak wyżej, kontakt ze mną na priv.
ANKIETY 2 -> KLIK
Próg wypłat wydaje się wysoki, ale za to masa możliwości ich wyboru: łącznie z datkiem na cele charytatywne. I wbrew pozorom zbiera się szybko 200 do 1 000 pkt za 1 ankietę, brak kwalifikacji = 50 pkt. Różnorodna tematyka, ankiety ciekawe i wciągające 😀 Ostatnio wypłaciłam po raz kolejny, jak widzicie jestem tam grubo ponad rok!

ANKIETY 3 -> KLIK
250 do 1 000 pkt za ankietę, na start 600 pkt za wypełnienie profilu. Te 20 000 zbiera się dość szybko, no i wypłata w euro 😉

ANKIETY 4
Zaproszenie przez maila (kontakt na priv). Na początek masa punktów do zdobycia: za wypełnienie swojego profilu. Ankiety dość regularnie, różne opcje wypłaty do wyboru.



Powiem Wam, ze dla mnie takie ankiety czy korzystanie z cashback'u), to nie tylko okazja do zarobienia paru dodatkowych groszy (a w skali roku robi się z tego fajna sumka), ale także fajna odskocznia, okazja do poznania nowych produktów i koncepcji wcześniej, niż inni. Wbrew pozorom nie jest to czasochłonne: czasem 10 minut dziennie, czasem 5 minut co kilka dni, a jak wiecie: grosik do grosika i się zbiera 😋


To jak, ktoś chętny dołączyc do zabawy?











11/02/2017

Uroda (zdrowie): Dlaczego NIE odradzam kosmetyków, które mnie uczuliły?

Cześć!

Alergia. Prędzej czy później jakiś jej epizod przytrafi się większości z nas. Jest to (często silna) reakcja organizmu na obcą substancję: mogąca się objawiać na różne sposoby. Od delikatnego zaczerwienienia skóry, poprzez czerwone "placki", łuszczenie się skóry, opuchliznę – aż po duszności i wstrząs anafilaktyczny zagrażające nie tylko naszemu zdrowiu, ale również życiu. Dzisiaj skupię się na alergii kontaktowej, o której w blogosferze słyszymy najczęściej.


Sama od dziecka jestem alergiczką. Na szczęście (ze względu na moją miłość do kosmetyków): jestem uczulona głównie na pyłki prawie wszystkiego, co jest zielone i kwitnie. Drzewa, trawy to moi wrogowie. Koty również 😂 ale o sposobie na życie z alergią i kotem równocześnie napisze innym razem. Dzisiaj: alergia kontaktowa.

Co to właściwie jest alergia?

Jest to "przesadzona", zbyt ostra reakcja organizmu na jakąś substancję. Traktuje on ją jako wroga, którego trzeba się pozbyć, zniszczyć. I jak zazwyczaj w takich przypadkach pojawia się miejscowy stan zapalny z charakterystycznymi "bonusami" w postaci zaczerwienienia, łzawienia oczu, czasem kataru, czy bąbli na skórze – i swędzenia.

Czy alergia jest raz na zawsze? Czy nie mając alergii możemy czuć się bezpieczni? NIE! Oczywiście, producenci kosmetyków czy nawet farb do włosów wspominają, żeby wykonać przed pierwszym użyciem próbę uczuleniową (a w przypadku farb: każdorazowo, nawet jeżeli stosujemy dokładnie tę samą farbę od lat). Taka próba to zazwyczaj posmarowanie się gotowym produktem na niewielkim obszarze skóry: najlepiej w zgięciu łokcia, gdzie skóra jest dość delikatna. Nie myjemy tego miejsca jak najdłużej, by składniki mogły swobodnie wniknąć. Jeśli jest ok – działamy.

Kiedy pojawia się alergia?

Nasze pierwsze spotkanie, już podczas próby uczuleniowej, może pokazać, że z tym produktem nam nie po drodze. Ale niestety, z uczuleniami jest tak, że mogą pojawić się po miesiącu, dwóch czy nawet roku stosowania tego samego produktu, nawet jeśli producent w międzyczasie nie grzebał w składzie. To czy dostaniemy uczulenia i kiedy to zupełna loteria. Chociaż osoby ze zdiagnozowaną alergią na konkretne składniki wiedzą, czego muszą unikać, więc pozornie mają łatwiej, ale nie wyklucza to pojawienia się nagłej alergii na coś zupełnie innego, a wyciszenia tej na składnik, który do tej pory dawał nam najbardziej w kość.

Takie przykłady z mojej walki z alergią. Rumianek. Dawniej mogłam pomarzyć o używaniu szamponu chociażby z niewielkim jego dodatkiem. Obłędne swędzenie skalpu i konieczność szybkiego, kilkukrotnego mycia głowy czymkolwiek innym, by jak najszybciej doczyścić jakieś resztki ze skóry. Teraz? Regularnie robię płukanki z czystego ziółka, bez żadnych objawów ubocznych. A tak śmiechowo: wiecie, co mnie uczula, choć na szczęście objawy znikają po kilku-kilkunastu minutach? WODA!. Ta konkretna woda, którą mam w studni: chociaż była badana i nie zawiera nic dziwnego, czy podejrzanego. Prysznic czy nie daj Boże dłuższa kąpiel to wielkie, czerwone, silnie swędzące placki, co ciekawsze: głównie na plecach. Żadne emolienty, wapna, tabletki nie pomagają: po każdym myciu przez kwadrans lub dłużej męczę się ze świądem, wydającym się wręcz nie do zniesienia.

Kosmetyki i uczulenie – nie słuchaj, sprawdź sam!

Wracając do tego wpisu: natchnęła mnie do niego, już jakiś czas temu, notka opublikowana na jednym z fanpage, które śledzę. Dziewczyna (którą zresztą wirtualnie bardzo lubię i często podglądam) kupiła nowy produkt popularnej, polskiej marki. Użyła go na noc (jak sądzę: bez wcześniejszej próby uczuleniowej) i kolejnego dnia napisała na fanpage post. Że produkt uczula, że go nigdy nikomu nie poleci, a wręcz przeciwnie: każdemu będzie odradzać. Sorry, ale takie podejście jest dla mnie bez sensu, zupełnie nielogiczne i pozbawione medycznych podstaw.
Czy ja, mając nietolerancję laktozy, mam zabraniać ludziom picia "prawdziwego" mleka (choć ono akurat i z innych powodów niekoniecznie jest dla ludzi wskazane) i zakazać jego sprzedaży? Czy moje uczulenie na szałwię ma być powodem do wycofania jej z rynku, upraw itd? No raczej nie!

Pamiętaj: to, że CIEBIE coś uczuliło, nie znaczy, że uczuli kogoś innego. Możesz być ta pechową, 1 na 100, czy nawet 1 na 10 000 osobą, której zdarzy się psikus. Dla pozostałych 60% osób będzie to fajny średniak, a dla reszty użytkowników: hit ponad hity.

Mimo, że jestem alergiczką to nie obawiam się testować nowych rzeczy, bo wiem doskonale, że moment pojawienia się alergii to zupełna loteria. Jasne, przy kosmetykach robię próbę uczuleniową – i tu też rada dla Was: próbę róbcie jak najwcześniej w ciągu dnia, nigdy na noc. Polecam wczesny ranek, by mieć cały dzień na obserwacje. Pracujące osóbki: tak, wiem, nowość kusi 😉Ale poczekajcie do pierwszego wolnego dnia i dopiero zacznijcie przygodę z nowym kosmetykiem. Bo zazwyczaj reakcja alergiczna pojawia się bardzo szybko, maksymalnie w ciągu kilku godzin. Więc smarując się jakąś nowością późnym wieczorem: możecie po prostu przez sen przegapić pierwsze, a co gorsza nasilające się objawy. Co może być szczególnie niebezpieczne w przypadku smarowideł używanych w okolicy oczu lub gardła.












10/31/2017

Dom: Zapach na jesień - Yankee Candle Ebony & Oak

Cześć!

Jesień to idealna pora na palenie wosków, chociaż ja nawet latem lubię odpalić jakiś świeży, owocowy zapach. Jednak jakoś się przyjęło, że jesienią i zimą zużycie wosków i świec drastycznie rośnie :) Dziś kilka słów o mojej nowości – która palę (po raz drugi) właśnie w tym momencie. Zresztą: wrażenia zapachowe są dość ulotne, dlatego pisząc o danym zapachu lubię go mieć pod ręką (a raczej nosem), by jak najdokładniej opisać moje odczucia.

wosk zapachowy

W woski zazwyczaj zaopatruje się w Goodies (choć czasem robiąc większe zakupy w innym sklepie, a mającym woski w ofercie zdarza mi się mała zdrada😉). Ten wosk kupicie m.in. własnie -> TUTAJ <-

Co o wosku pisze producent?


Wosk z rześkiej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic o leśnym zapachu stworzonym z mieszanki drzewnych nut dębu, sosny, hebanu, eukaliptusa i paczuli.



Co ja myślę o Ebony & Oak?


Wosk to idealnie wyważona kompozycja wszystkich, wymienionych wyżej, nut zapachowych. Tak naprawdę minimalnie bardziej czuję sosnę, może ciut paczuli, ale nie wybijają się jakoś mocno na pierwszy plan, lecz jedynie symbolicznie dominują nad resztą aromatów. Chociaż czasem kończy się to u mnie bólem głowy, to mimo wszystko wciąż i niezmiennie jestem fanką mocnych i intensywnych zapachów. Temu dałabym jakieś 8/10, bo spotkałam kilka silniejszych petard 😉 Jak to zwykle bywa z woskami YC: wystarcza 1/3 opakowania, by wypełnić pokój skondensowanym zapachem, który utrzymuje się długo. Jako, że mój domek jest niewielki, to jeśli nie zamknę drzwi do pokoju to aromat, choć oczywiście już trochę słabszy, szybko wypełnia cały dom i tworzy mgiełkę otulającego aromatu.


















10/29/2017

Uroda: W dżungli "internetów"

Cześć!

Wiecie doskonale, że jestem nałogowym użytkownikiem internetu: praktycznie ciągle jestem on-line. Jeśli nie siedzę przed komputerem, to zawsze mam pod ręką telefon z dostępem do sieci. Staram się  jednak ten czas wykorzystywać jak najrozsądniej. Owszem, czasem spędzam kwadrans czy dwa na przeglądaniu totalnych pierdołek, no ale kto nie potrzebuje czasem paru minut czystej rozrywki i zresetowania się? ;) 


Jeśli miałabym wymienić 3 rzeczy, które pożerają najwięcej mojego czasu w internecie, to raczej nie mam wątpliwości, które kategorie znajdą się na medalowym podium😉Sporą część czasu spędzanego w sieci pochłania blog i sprawy z nim związane, ale tuż za nim znajdują się zakupy. Niby mieszkam na przedmieściach wcale nie małego miasta, ale jednak asortyment w sklepach jest dość okrojony. W 8 na 10 sklepach znajdują się praktycznie identyczne rzeczy, na dodatek galerie handlowe i tłumy po nich krążące to zupełnie nie moja bajka. Dlatego, kiedy tylko muszę kupić coś poza spożywką, to odpalam przeglądarkę, obok komputera stawiam kubek z aromatyczna herbatką i rozpoczynam buszowanie po wirtualnych sklepach i sklepikach. 

Lwią część moich zakupów stanowią kosmetyki. Zazwyczaj ceny w internecie są zdecydowanie niższe, do tego mamy wręcz nieograniczony dostęp do recenzji produktów i różnych opinii o nich, więc zakupy to czysta przyjemność. Zawsze, nim kliknę magiczny przycisk "dodaj do koszyka" staram się zajrzeć nie tylko do porównywarek cenowych, ale także rozmaitych rankingów. Bo chociaż zawsze biorę pod uwagę fakt, że skóra i preferencje każdej z nas są inne, to zawsze daje to jakiś pogląd na specyfikę danego produktu. Z reguły moja największą zagwozdką są lakiery do paznokci, bo moja wybredna płytka często woli tanioszkę z popularnej sieciówki niż markowy i drogi produkt 😂

Na trzecim miejscu plasują się serwisy poświęcone zdrowiu i urodzie. Niestety należę do osób, które nie tylko mają problemy z cerą, ale także ogólnie ze zdrowiem. Serwisu tego typu bywają kopalnia cennej wiedzy, chociaż wiadomo, że i trafiają się też takie, które piszą cokolwiek, byle napisać. Dlatego do informacji tam znalezionych należy zawsze podchodzić zdroworozsądkowo i jeśli to możliwe: weryfikować wiadomości również gdzie indziej.  W tej chwili staram się wdrażać -> TEN <- plan, i choć z moim brakiem systematyczności może być ciężko, to najwyższa pora wziąć się za siebie i małymi kroczkami zacząć dążyć do celu 😊 To jest takie 2 w 1, bo zadbamy zarówno o cerę, jak i tez o kondycję i sylwetkę. Bo w końcu zima się skończy, więc zamiast magazynować podczas niej tłuszczyk – lepiej pomalutku zrzucać co nieco 😋


Jakie są Wasze największe pożeracze czasu w sieci? Co czytacie najchętniej? 













10/24/2017

Lifestyle: Trochę prywaty - czyli nieciekawe wypadki z ostatnich tygodni

Cześć!

Wiecie co, ostatnio nawiedzają mnie – a także moich znajomych same plagi. Ostatnie tygodnie nieźle dały mi w kość, więc przyszłam sobie do Was troszkę pomarudzić, poopowiadać, tak bardziej na luzie, niż zazwyczaj. Choć osoby, które śledzą mnie na Insta i Facebooku już parę rzeczy czytały.


W sumie, to chyba należę do ludzi, którzy urodzili się pod nieszczęśliwą gwiazdą 😉 Ale to już raczej materiał na grubą książkę, a nie wpisy na blogu – chociaż nie wykluczam, że gdzieś tam po drodze o pewnych rzeczach Wam poopowiadam. Od wakacji jednak po prostu wali się i pali na każdym kroku. Zaczęło się od tego, że zrezygnowałam z pracy: tak, zrezygnowałam sama, ale złożyło się na to wiele czynników i mimo wszystko jakoś to przeżyłam, do tej pory jakoś nie mogę wejść w rytm innych działań, czas przepływa mi między palcami nie wiem kiedy. Co prawda mam zamiar ruszyć ze swoją własną działalnością – ale tu muszę czekać do wiosny, aż ruszą środki na dofinansowania. Więc tak siedzę w domu i plątam się z kąta w kąt. Zwłaszcza, że jestem 100% typem multitaskingowca: im więcej i szybciej muszę zrobić, tym sprawniej i chętniej działam. Z kolei jedna, dwie mało pilne rzeczy: odwlekam w czasie na maksa, bo "za chwilę", "jutro", "przecież mam czas" 😁

Tegoroczne plagi zaczęły się na mnie sypać jeszcze wiosną: padł mi – wcale nie stary – laptop, więc konieczność używania własnego komputera w pracy zmusiła mnie do pilnego zakupu czegoś nowego. No i co? Minęło ledwie kilka miesięcy, i już zdążył umrzeć mi dysk. Przed odesłaniem go na gwarancję straciłam prawie 2 tygodnie na próby odzyskania danych (bo tego gwarancja nie obejmuje), no ale niestety, zostałam o niczym. O ile starałam się w miarę regularnie podsyłać pliki w chmurę, to nie zdążyłam przesłać ich wszystkich, bo nigdy nie miałam czasu, żeby siąść te bite 2 dni nad tym, tylko gdzieś z doskoku wysyłałam po folderze, dwóch. Najbardziej mi żal dość starych zdjęć, które niestety nie zachowały się nigdzie indziej 😓 Jedyny miły akcent jest taki, że po odesłaniu dysku na gwarancję: zupełnie nowy, na dodatek troszkę lepszy miałam w domu już 3 dni później.

No ale żeby nie było nudno: w oczekiwaniu na kuriera z dyskiem zajrzałam do piwnicy, bo woda jakoś niemrawo leciała z kranów. Typowe mieszczuchy, a dokładniej "blokersi" 😉 mogą nie znać takich sprzętów – ale nasz domowy hydrofor postanowił przejść na emeryturę. Pół piwnicy zalane wodą z pękniętego zbiornika, dwa dni załatwiania spraw związanych z montażem nowego, i cała sobota spędzona w akompaniamencie cięcia, szlifowania i tłuczenia się w rury + w bonusie 2 dni bez bieżącej wody. No i jak się pewnie domyślacie: kolejny niemały wydatek.


Ale hitem jest to, jaką historię zafundowała mojej przyjaciółce elektrownia: i tu głównym bohaterem jest między innymi pompa od hydroforu. Ponad 2 miesiące temu zaczęła jej się wyłączać bez powodu, nieregularnie, czasem na dłużej, czasem na krócej. Czasem kąpiel bywała wyzwaniem, bo nalanie wody potrafiło trwać i 30 minut. Jeden elektryk, drugi – stwierdzili, że u niej wszystko jest ok, więc zaczęła zgłaszać sprawę do elektrowni. Ale oczywiście: przy każdym zgłoszeniu, zanim ekipa techniczna się do niej dotoczyła, już wszystko było ok. Po którymś zgłoszeniu patrzyli na nią jak na wariatkę mającą zwidy. Dopiero za entym razem technicy natrafili na moment kolejnej w ciągu kilkunastu minut awarii i raczyli stwierdzić, że coś jest na rzeczy. Żeby nie było za prosto – oni sami, nawet mając sprzęt przy sobie, nie mogą założyć specjalnego czujnika napięć, tylko Gosia musiała tracić pół dnia, by złożyć stosowne podanie bezpośrednio w siedzibie elektrowni. Nim owe pismo ktoś raczył rozpatrzyć, którejś niedzieli znów zaczęło się szaleństwo z prądem, żarówki migały, pompa chodziła, jak chciała, więc kolejny raz zjawili się technicy. I bingo! Któryś z nich wpadł na jakże genialny pomysł, żeby sprawdzić pobliską rozdzielnię. I co się okazało? Właśnie te parę miesięcy temu ekipa coś tam grzebała, i nie dokręciła JEDNEGO kabelka, własnie tego, od trzeciej fazy czyli tzw "siły". W konsekwencji: jak wiatr zawiał (dosłownie!) to kabelek stykał lub nie. Sprawa rozwiązana, a tu dzień później telefon z elektrowni z informacją, że podanie o (niepotrzebny już w tym momencie czujnik) zostało w końcu łaskawie rozpatrzone, i chcieli się umówić na montaż. No rychło w czas 😂 Ale to nie koniec: koleżanka ma duży piec z podajnikiem, wraz z komputerowym sterownikiem. Okazało się, że za sprawą tych cyrków z elektrowni komputer się spalił, a wymiana to – bagatela – ponad pół tysiaka. Na szczęście koleżanka ma dość spory pakiet ubezpieczenia domu, więc bez problemu uzyskała odszkodowanie.

Do tej pory jakoś nie potrzebowałam korzystać z nadprogramowych ubezpieczeń, ale patrząc na ostatnie miesiące: chyba najwyższa pora o czymś pomyśleć 😂 Gosia w skali roku wcale nie płaci jakiegoś majątku, a jej ubezpieczenie obejmuje naprawdę spory zakres różnych wypadków i przypadków. Owszem, często zdarza się, że ubezpieczyciele zaniżają wysokość wypłat, ale po pierwsze – lepszy rydz, niż nic; po drugie, jak już gdzieś nadmieniałam we wcześniejszych wpisach, w razie rażąco niskiej kwoty zawsze mamy możliwość walczyć o więcej. Sporo dobrego słyszałam o Kompensji, jednak ona zajmuje się troszkę innym zakresem odszkodowań (wypadki komunikacyjne czy w pracy).  Tak więc nawet mając wykupione ubezpieczenie w TU, zawsze dobrze mieć w zanadrzu firmę o renomie Kompensji, która w razie potrzeby pomoże nam uzyskać odpowiednią kwotę odszkodowania.

Co sądzicie o wykupywaniu dodatkowych ubezpieczeń? Uważacie że warto? A może korzystacie i możecie polecić jakąś sprawdzoną firmę?










10/12/2017

Lifestyle: Pomoc prawna - gdzie jej szukać? Czy zawsze musisz za nią płacić?

Dzieńdoberek!

U Was też dziś taka śliczna pogoda? Ja dziś od bladego świtu – jak na mnie – na nogach, jeśli śledzicie mnie na Instagramie, to już po 8 witałyśmy się z Kalą z Wami na Stories! Jeśli jeszcze mnie nie obserwujecie – na dole strony jest galeria ostatnich zdjęć, po kliknięciu w dowolne traficie na mój profil ;) 

"Bez praw nie może być prawdziwej wolności."

Kontynuuję dziś serię wpisów na tematy związane z wymiarem sprawiedliwości, odszkodowaniami, dochodzeniem swoich praw. Jak Wam już wspominałam – od jakiegoś czasu dość mocno zagłębiam się w prawnicze tematy i zauważyłam pewną prawidłowość: albo bardzo ciężko dokopać się do jakichś sensownych i rzeczowych informacji, albo są one pisane branżowym, prawniczym slangiem, który niekoniecznie jest przystępny dla przeciętnego zjadacza chleba. Dlatego postanowiłam, że w kolejnych wpisach, pojawiających się od czasu do czasu, będę starała się wyjaśniać niektóre zagadnienia w prosty sposób. Bo żeby walczyć o swoje – najpierw trzeba mieć świadomość, co nam się należy, i w jakich sytuacjach warto wziąć sprawy w swoje ręce, a nie tylko czekać na rozwój wydarzeń.


Jak już kiedyś wspominałam – uważam, że jeśli nawet Ty, w konkretnej sytuacji, wyjdziesz niewiele na plus, to i tak warto walczyć. Dla zasady, dla innych. Żeby rozmaite instytucje, urzędy czy firmy w końcu nauczyły się, że nie mogą sobie notorycznie pozwalać na "lecenie w kulki", licząc, że ludzie będą zawsze odpuszczać. Bo niestety sporo firm nadal tak własnie funkcjonuje: byle zarobić, nie ważne ile, nie ważne czyim kosztem i w jaki sposób. Byle kasa na koncie się zgadzała. Jak to się mówi: w kupie siła, i jeżeli w końcu ludzie się nauczą, że MOGĄ, a wręcz POWINNI walczyć za każdym razem, kiedy jest to możliwe, to i proceder "naciągania" klientów, konsumentów w końcu znacząco ograniczymy.


Na szczęście państwo coraz bardziej wychodzi na przeciw potrzebom obywateli i wdraża rozmaite programy, które pomagają ludziom w kwestiach prawnych. Rozmaite fundacje tez nie pozostają w tyle – pojawia się coraz więcej punktów, gdzie świadczona jest darmowa pomoc prawna. Czasem jest ona ograniczona, i dostępna jedynie dla osób o konkretnym statusie zawodowym czy finansowym, barierą bywa również wiek. Ale jednak grupa osób objętych taką pomoca jest dość spora, i faktycznie obejmuje osoby najbardziej potrzebujące. Jednak będę tu szczera: oczywiście tylko na podstawie moich własnych doświadczeń. Jeżeli zupełnie nie znasz się na zagadnieniach systemu prawnego, a Twoja sprawa jest dość prosta, to takie porady w zupełności Ci wystarczą. Niestety jednak: usługi świadczą tam zazwyczaj początkujący prawnicy, narzekający na nadmiar wolnego czasu i chcący nabrać doświadczenia 😉 Wolny czas u dobrego prawnika to raczej rzadkość, chociaż i trafiają się tacy, którzy po prostu chcą bezinteresownie pomagać i przeznaczają na darmowe konsultacje te kilka godzin w miesiącu.


Kiedy Twoja sprawa okazuje się zbyt zawiła, a Ty czujesz, że darmowa porada, którą usłyszałeś to raczej błądzenie po omacku niż rzetelne informacje: trzeba jednak skorzystać z konsultacji u specjalisty w danej dziedzinie prawa. Często w swoich wpisach odnoszę się do możliwości, jakie nam daje wszechobecny już internet. I w tej dziedzinie może nam bardzo pomóc. Konsultacja z prawnikiem z drugiego końca kraju nie stanowi obecnie problemu i bardzo często jest zdecydowanie tańsza niż bezpośrednia wizyta w kancelarii. 

Nie ważne, czy walczysz o swoje prawa pracownika, czy chcesz uzyskać większe odszkodowanie z jakiegoś tytułu: WARTO walczyć!



7/13/2017

Kraksa!!! Co Ci się należy?

Dzieńdobrywieczor :)

Niech ten tydzień się już skończy, serio! Nie mam sił już na nic, wszystko idzie jak po grudzie. Do tego mam parę pomysłów, które staram się sukcesywnie realizować po skończeniu pracy, ale czas, czas - ciągle go brakuje. Najlepiej, jakby doba miała z 50 godzin, a na sen wystarczały 4 😂

Ostatnio poruszyłam na blogu sprawę obowiązkowych składek oc, i tak jakoś wyszedł ostatnio w rozmowie ten temat, kiedy odwiedzili mnie znajomi - m.in. koleżanka, której niedawno ktoś pacnął w tył samochodu. 


W sumie pacnął, to za mało powiedziane - cały tylni zderzak poszedł w drzazgi a ona sama się lekko poobijała. 

W sytuacji, kiedy już dojdzie do wypadku, często skupiamy się na tym, żeby ogarnąć zniszczenia auta, a zapominamy, że kasiorka z odszkodowania z oc sprawcy może pokryć również inne wydatki, nie tylko te związane z samochodem. 

Jeśli na przykład pracujesz na komputerze, a zwichnięta w wypadku ręka uniemożliwia Ci przyjęcie zleceń, to również możesz się starać o zwrot utraconego dochodu. W skrajnych sytuacjach, gdy wypadek był naprawdę poważny - możesz ubiegać się nawet o rentę z tego tytułu, jeśli uszczerbek na zdrowiu jest znaczny i skutecznie ograniczył Twoje możliwości na rynku pracy, czy po prostu w codziennym funkcjonowaniu. 

Możliwości uzyskania zadośćuczynienia jest naprawdę wiele, ale często ludzie odpuszczają, bo zwykle postępowanie w takich sprawach jest maksymalnie przeciągane przez ubezpieczycieli, starają się zbyć osobę poszkodowana jak najniższą kwotą. Ostatnio czytałam o przypadku, kiedy - wg Umowy - kobiecie należało się około 30 tys. zł, a ubezpieczyciel z wielką łaską zaoferował 1 500 zł 😂 Dopiero po długim czasie przerzucania się papierkami, odwołaniami i tak dalej - dostała należne jej pieniądze. 


Na szczęście na rynku są firmy, które pomagają w takich sprawach - oczywiście, że pobierają prowizję, ale najczęściej rozliczają się za efekt swoich działań, biorąc jakiś % od wynegocjowanej kwoty. Jasne, że wychodzi wówczas troszkę mniejsza kwota na rękę, niż faktycznie należna, ale firma zdejmuje Ci z głowy załatwianie większości rzeczy - no i tak i tak jest to zazwyczaj kwota dużo wyższa, niż proponowana początkowo przez TU.

Summa summarum - jesteś tak czy inaczej na plus, fachowcy na pewno znacząco przyspieszą sprawę w porównaniu do sytuacji, gdybyś się nią zajmował samodzielnie, więc w podobnej sytuacji warto rozejrzeć się za takim wsparciem.

Miejmy nadzieję, że nikomu z nas nie okaże się ono konieczne, ale informacje o różnych możliwościach zawsze warto znać i je gdzieś zakodować, by w razie potrzeby nie zostać "wyryskanym", jak to się u nas, w Małopolsce mówi 😉







Buziaki :*

4/24/2017

Czy pamiętasz?

Cześć!

Pamięć. Coś, bez czego nie da się funkcjonować - zwłaszcza w obecnym, pełnym informacji świecie. Czy zastanawialiście się kiedyś nad jej fenomenem?



Co to właściwie jest pamięć? Wikipedia mówi, że: 

Pamięć – jedna z funkcji ludzkiego umysłu, zdolność poznawcza do przechowywania, magazynowania i odtwarzania informacji o doświadczeniach. Pamięć jest przedmiotem badań psychologii kognitywnej.
Pamięć można rozpatrywać i klasyfikować pod różnym względem, ale dziś nie o tym 💾

Zwykle przyjmuje się, że pierwsze wspomnienia jakie zachowujemy na późniejsze lata to wydarzenia, które wydarzyły się, gdy mieliśmy około 5 lat. Jednak nie jest to regułą, dlatego nie warto przemilczać wspomnień dziecka, liczyć na to, że "jest za małe, żeby zapamiętać", że to niemożliwe, by takie czy inne wydarzenie, osoba zapadły mu w pamięć. Niestety taka ignorancja może wyrządzić spore szkody w psychice małego człowieka. 


Jako wyjątek od tej reguły przedstawię siebie. Nie, żeby się chwalić - bo w końcu żadna w tym moja zasługa, że mam taką a nie inną pamięć. Tylko i wyłącznie po to, by pokazać Wam, że to naprawdę możliwe. 
Moje najwcześniejsze wspomnienia? Pamiętam "karuzelę" w mojej głowie, gdy w domu dziadków spadałam ze schodów - dziadek mieszkał na piętrze i mimo pilnowania mnie, bym sama się nie zbliżała do schodów, to zdarzało się że niepostrzeżenie wymykałam się za idącym do siebie dziadkiem, lub po prostu wspinałam się po schodach wiedząc, że on tam jest. Gdy przywołuje to wspomnienie mam przed oczami szary beton schodów, po których szłam na czworakach. "Widzę" siebie, próbującą wstać po wejściu na półpiętro i ten moment zachwiania, gdy okazało się, że robię to za szybko... Mój wypadek miał miejsce, gdy miałam około dwóch latek. 
Zdziwieni? Cóż, z jednej strony traumatyczne wydarzenia mają większą szansę na zakodowanie się w pamięci. Ale podam inny - jeszcze wcześniejszy - przykład. Już jako nastolatka opisałam matce scenkę, która tkwiła gdzieś w mojej głowie: wąski korytarz z podłogą wyłożoną zwykłymi, płaskimi kamieniami. Szłam (a raczej dreptałam) obok kogoś: na pewno kobiety, bo miała na sobie długą, kolorową spódnicę - której się przytrzymywałam. Miała laskę która rytmicznie stukała po posadzce. Twarzy i innych szczegółów nie pamiętam - po prostu z perspektywy dziecka ich nie widziałam. Wiecie, co się okazało? Tą kobietą była moja prababcia: "babcia Stuk-stuk" jak ją podobno wówczas nazywałam. Zmarła gdy miałam 2 latka - a ostatni raz widziałam ją kilka miesięcy wcześniej. Nigdy później nie byłam w tym domu - już wówczas na tym samym podwórku stał nowy dom, a stary był ruiną nadającą się tylko do rozbiórki; jednak, jak to bywa w przypadku starszych osób babcia uparcie nie chciała go opuścić. 

Wspomnień z przed 4 urodzin mam naprawdę sporo - tato, leżący ze mną na kanapie pod oknem i czytający mi bajki. Wspólna wyprawa do wesołego miasteczka i diabelski młyn, do którego matka bała się wsiąść, więc w podniebną podróż wyruszyliśmy tylko z tatą. Spacer po (jak się później dowiedziałam) lesie w okolicach śląskiej Pogorii - ciemna sukieneczka, jaką miałam na sobie i moje marudzenie, żeby tato mnie wziął na ręce, bo "nóżki mnie bolą". 

Gdy więc dziecko wspomina coś, czego według Ciebie nie powinno pamiętać - nie maskuj zdziwienia ignorowaniem go, nie traktuj sprawy na zasadzie: dziś pyta, za tydzień zapomni. Może zapomni - a może nie. A żal, że bagatelizujesz jego ciekawość, pytania może zostać już na zawsze. 

Jak to jest u Was? Jakie jest Wasze pierwsze wspomnienie? 

10/08/2015

Książki do których wracam

Hej hej :)




Dzisiaj mam dla Was kolejne zestawienie - tym razem kilka książek, które lubię od czasu do czasu przeczytać ponownie. Gatunkowo - cały przekrój - od książek dla młodzieży, po "bajki" dla dorosłych. Może któraś z nich Was zaciekawi? 

Kolejność zupełnie przypadkowa ;) 


1. Alex Haley - Korzenie



Wasi rodzice pewnie pamiętają telenowelę nakręconą na jej podstawie, i głównego bohatera - Kunta Kinte. Książka opowiada historię rodziny autora, poczynając od Kunta Kinte, który został porwany z okolic rodzinnej wioski w Gambii. Towarzyszymy kolejnym potomkom rodu, aż do Alex'a, który podejmuje się uwiarygodnienia rodzinnej historii, przekazywanej z ojca na syna. Opowieść o potomkach Kunty jest zarazem historią niewolnictwa w Ameryce, przybliża nam życie osób, którym przyszło wieść żywot niewolników. 


2. Halina Rudnicka - Chłopcy ze Starówki



To chyba mój rekord jeśli chodzi o liczbę powtórzeń :D Jako dziecko i nastolatka wracałam do niej przynajmniej raz w roku. Książka opowiada o przeżyciach grupki chłopców, a w szczególności Wojtka, w zniszczonej wojną Warszawie. Chłopcy mieszkają na zrujnowanej Starówce, niektórzy już wiedzą, że zostali sierotami, niektórzy żyją nadzieją, że jeszcze odnajdą swoich krewnych.



3. Dan Brown - Kod da Vinci




Tej książki chyba nie muszę nikomu przedstawiać, kilka lat temu był na nią wielki boom. Historyjka o potomkach Jezusa, poszukiwania ich i dowodów na ich istnienie. We wszystko wplątany jest kustosz Luwru, jego wnuczka i profesor Langdon. Jeśli lubicie książki sensacyjne, thrillery to na pewno ta pozycja przypadnie Wam do gustu. Ale zaraz, ktoś jeszcze tego nie czytał? ;P) 


4. Saga o Ludziach Lodu



Aktualnie czytam po raz 3 <3 Bajeczka dla dorosłych, opowieść o rodzie Ludzi Lodu który zmaga się z przekleństwem i swoim strasznym potomkiem. Sporo przemocy, romansu, seksu, sił nadprzyrodzonych i czego jeszcze tylko chcecie :D Idealna lektura na zimę, 46 tomów sprawia, że przez dobrych parę dni będziemy mieć towarzystwo ;) 


5. Stephen King - Bezsenność.


Czytałam chyba trzy razy ;) Opowieść o cierpiącym na bezsenność Ralphie. Brak snu sprawia, że zaczyna widzieć aury ludzi, jego oczom ukazuję się dziwne postacie, które towarzyszą śmierci znanych mu osób. Do tego główny bohater wplątuje się w aferę, która trzęsie całym miastem. Chcecie wiedzieć więcej? Koniecznie przeczytajcie :) 


6.  Frances Hodgson Burnett - Mała księżniczka



Opowieść o dziewczynce, która wprost z Indii trafia do szkoły dla dziewczynek w Anglii. Wszystko jest dobrze do czasu, gdy okazuje się, że jej jedyny opiekun, ojciec - umiera. Dziewczynka, do tej pory rozpieszczana niczym księżniczka - musi zacząć zarabiać na swoje utrzymanie.




Znacie te tytuły? A może polecicie mi coś ciekawego? 



Buziaki :*

10/05/2015

TOP 5 - czyli co oglądam w tv

Hej hej :)

Dzisiaj mam dla Was zestawienie moich ulubionych filmów/seriali. Nie będę robić osobnego zestawienia dla seriali, bo oglądam ich mało, w ogóle mało telewizji oglądam, ale są takie pozycje, które oglądam namiętnie, do których lubię wracać.

Kolejność zupełnie przypadkowa, więc proszę się nią nie sugerować ;) 

 1. Zielona mila




Zarówno film jak i książkę bardzo lubię. Były strażnik więzienny opowiada historię więźnia nad którym miał pieczę, troszkę ciężkawego na umyśle John'ego Coffey'a (granego przez niepowtarzalnego Michaela Clarke Duncan'a ). John'y czekał na wykonanie wyroku śmierci na oddziale więzienia zwanym Zieloną milą. Obraz pokazuje codzienne życie na takim oddziale, ale skupia się na przeżyciach Coffey'a, który posiada nadnaturalne zdolności. Jesteśmy z nim aż do wykonania (niesprawiedliwego) wyroku.


2. Epoka lodowcowa







Czyli przyjaciele są najważniejsi ;) Animowana opowieść o najdziwniejszym "stadzie" w historii. Mamut, leniwiec i tygrys szablo zębny - co ich może łączyć? Okazuje się, że wiele. Niesamowite poczucie humoru towarzyszy nam w podróży z Mańkiem, Sidem i Diegiem. W kolejnych częściach stado się powiększa, przeżywają razem coraz to nowe przygody, a we wszystko wpleciona jest opowiastka o wiewiórce "polującej" na żołędzia. Uwielbiam Szyszunię :D



3. Bruce Wszechmogący




Komedia, która opowiada o tym, jak władza może uderzyć do głowy, i jakie trudne jest obchodzenie się z nią. Dziennikarz Bruce spotyka na swojej drodze....Boga. Otrzymuje od niego wszelką władzę, ale również obowiązki z niej wynikające. Jest śmiesznie :D 




4. CSI: Las Vegas, Miami, Nowy Jork



Fabuła seriali jest prosta, powtarzalna. W każdym odcinku ekipa śledcza z danego miasta zajmuje się rozwiązaniem kryminalnej zagadki. Mają do dyspozycji najnowsze zdobycze techniki, no i tęgie umysły. W 99,99% przypadków oczywiście ujmują sprawcę. Mimo przewidywalności bardzo lubię oglądać wszystkie 3 części, chyba najbardziej tą z Caine'm <3 


5. Dr House 



Znów powtarzalność fabuły, ale lubię na odmóżdżenie takie proste historyjki, co ja Wam na to poradzę. Siłą House'a są jego genialne teksty, w większości bardzo prawdziwe i mądre. Mimo, że jest po prostu chamski, w dodatku uzależniony od leków przeciwbólowych, to i tak go kochamy :) 









Buziaki :*