Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ludzie. Pokaż wszystkie posty

2/22/2018

Dom: Zdjęcia - drukować czy nie? Fotoksiążka od Saal Digital: recenzja.

Cześć!

Kiedy w naszą rzeczywistość wkroczyły aparaty cyfrowe, a później te montowane w telefonach: drastycznie wzrosła ilość wykonywanych przez nas zdjęć. Dawniej każde pstryknięcie było cenne, bo zajmowało kolejna klatkę na kliszy, którą trzeba było kupić, później zapłacić za jej wywołanie. W erze fotografii cyfrowej zaczęliśmy gromadzić setki albo i tysiące zdjęć na komputerach, telefonach i innych nośnikach. Papier odszedł do lamusa. Na szczęście wraca moda na wydruk zdjęć, tworzenie albumów. Dziś chcę Wam pokazać album, który trafił do mnie od Saal Digital.


Moja fotoksiążka to taki zupełnie spontaniczny miks różnych zdjęć, nie ma głównego motywu przewodniego, wybierałam po prostu fotki, które najbardziej lubię. Choć kilka stron poświęconych jest danym osobom, wydarzeniom – i nawet blogi dostały swoją rozkładówkę 😁

Nie pokażę Wam wszystkich fotek, które się tam znalazły: bo i wyszedłby post tasiemiec, i też nie chcę/nie mogę pokazywać twarzy osób, które się tam pojawiają 😉

Ale po kolei: moja fotoksiążka to dokładnie -> TEN <- model: w twardej, watowanej i błyszczącej okładce. Dodam, że wymiar 19 cm to szerokość i wysokość samych kartek, licząc z okładką wychodzi 0,5 cm więcej.



Skąd się wziął ten zwierzak na okładce? Gepardzik to mój ulubiony kociak, w planach mam tatuaż na łopatce z małym gepardziątkiem, więc kiedy zobaczyłam tę grafikę w szablonach: od razu wiedziałam, że muszę ją mieć!

Właśnie: szablony... Aplikacja do tworzenia i personalizacji produktów Saal Digital to cudo, na dodatek banalnie proste w obsłudze. Pozwala bezpośrednio na wirtualnej kartce edytować zdjęcia: zmieniać rozmiar, kadrować. Zdjęcia możecie rozmieszczać zupełnie dowolnie: pamiętając jedynie o pojawiającym się ostrzeżeniu, kiedy za bardzo zbliżycie się do bardzo wąskiego niedrukowalnego marginesu. W dodatkach mamy do wyboru dziesiątki teł, grafik pogrupowanych tematycznie, ramek, ornamentów – hulaj dusza!

Wracając do technicznych spraw wykonania fotoksiążki – "twarda" okładka jest u Saal naprawdę twarda; nawet gdy użyjemy dużej siły, to tylko minimalnie się poddaje. Watowanie sprawia, że jest przyjemna w dotyku, mięciutka, lecz co istotne: każde uciśnięcie okładki, nawet silne i długotrwałe znika w tempie ekspresowym. Mimo, że powierzchnia jest mocno błyszcząca to nie ma zbyt dużej tendencji to zbierania odcisków palców.


 Część mojej kociarni i piękny zachód słońca złapany z balkonu.



Wąwóz Homole. Nienawidzę łazić po górkach, więc tak niecodzienny widok musiałam utrwalić 😂

Jest to moja pierwsza fotoksiążka, ale pokazywałam ją znajomej, która notorycznie je robi, na każdą możliwą okazję. Była w ciężkim szoku, że kartki mogą być tak grube, tak dobrej jakości. Wręcz czuć w ręce ich ciężar, ale są zarazem giętkie więc nie utrudnia to w żaden sposób ich przewracania.
Jeśli chodzi o jakość druku, to jest po prostu WOW. Z lupą nie znajdziemy jakichś niedociągnięć a kolory są wiernie oddane. Na zdjęciu niżej macie zbliżenie na mały detal, więc sami zobaczycie, jak precyzyjny jest nadruk.




Strony poświęcone blogom 😋


Podsumowując: jestem po prostu zakochana w tej fotoksiążce i uważam, że jest warta każdego grosza na nią wydanego. Dodam jeszcze, że produkcja odbywa się w Niemczech, a kurier (kosztujący jedynie 20 zł) dostarcza nam zamówienie ekspresowo. Ja złożyłam zamówienie 8 lutego późnym wieczorem, a już w piątek popołudniu otrzymałam wiadomość, że produkt jest gotowy, a przewidywany czas dostawy to 16 lutego. Jakież było moje zdziwienie, kiedy już 13 lutego paczka była u mnie!

Po raz kolejny (poprzedni produkt od Saal zobaczycie -> TUTAJ <-) mogę polecić zakupy w Saal Digital, bo na prawdę znają się na rzeczy i przykładają wielką wagę do staranności wykonania produktów.













1/06/2018

Ludzie: Rodzicu - POMYŚL czasem!

Cześć!

Tak robię sobie właśnie poranną prasówkę, przeglądam Facebooka. I trafiłam na jednej z grup na post, którego temat już dawno chodził mi po głowie. Jako, że nasz kochany Facebook uznał moje 3(!) udostępnienia postu za spam :P i mam chwilową blokadę na udzielanie się w grupach: stwierdziłam, że moje trzy grosze wtrącę tutaj.


Każdy z nas wrzuca czasem jakąś fotkę do sieci. A to, żeby pochwalić się nową fryzurą, egzotyczną wycieczką, czy po prostu pokazać jakieś ciekawe ujęcie. Ale czy robicie to z głową? Jesteście pewni, że za jakiś czas nie będziecie żałować umieszczenia tego zdjęcia? A może pokazaliście na nim za dużo?

Zacznę od rozprawienia się z mitem, który krąży po zakamarkach Facebooka. Nie – wrzucając na niego zdjęcie nie tracicie do niego praw autorskich; ani osobistych (te są zawsze niezbywalne: czyli informacja o tym, kto jest autorem), ani majątkowych. Krótko mówiąc: nikt nie może bez Waszej wyraźnej zgody pobrać zdjęcia, wykorzystać go w jakiś sposób. Samo prawo majątkowe (czyli możliwość komercyjnego użycia zdjęcia i zarabiania w bezpośredni/pośredni sposób na nim) możecie odstąpić/odsprzedać. Niestety u wielu ludzi nadal pokutuje to błędne przekonanie, na dodatek bardzo chętnie je rozpowszechniają: "Przecież jest na Fb to mogę korzystać".

Ale wrzucanie zdjęć do sieci wiąże się również z innymi zagrożeniami, o których bardzo często zapominamy. Czy zastanawiałeś się kiedyś, że informacja o zagranicznym wypadzie całej rodzinki może być sygnałem dla jakiegoś włamywacza, że "O! tu warto zajrzeć?" Że pokazywanie drogiego sprzętu, wyposażenia domu to komunikat: "U nich się obłowię"? Ale okey, jesteście dorośli, więc w tej sytuacji możecie stracić "tylko" kasę – choć gdy złodziej napotka w domu np. osobę, która przyszła podlać kwiatki, nakarmić kota: też może się to skończyć znacznie gorzej.

Jest jednak pewna grupa ludzi, która wiedzie prym w bezmyślnym wrzucaniu zdjęć na Facebooka. Rodzice, a głównie mamy: zafiksowane (tak, nie waham się użyć tego określenia) na punkcie własnego dziecka. Ja rozumiem, że kochasz swoje maleństwo i chcesz się chwalić nim na prawo i lewo: chociaż powinnaś brać poprawkę, że nie wszyscy chcą je wciąż oglądać. Ale w tej gromadce przeważają kobiety, które nawet nie potrafią (a może nie chcą) ustawić widoczności zdjęć na "tylko znajomi" i pokazują swoje dziecko całemu światu. Naprawdę: Facebook to nie miejsce na tworzenie pamiątkowego albumu!


O ile rozumiem wrzucenie od czasu do czasu kilku zdjęć z ważnych uroczystości, jakiejś fotki niemowlaka (którego twarz szybko się zmienia, i wkrótce ciężko go będzie nawet zidentyfikować) w uroczym ubranku, to niektórych matek nie rozumiem wcale. 10 zdjęć dziennie: naprawdę nie masz żadnego życia poza niańczeniem dziecka? 24h na dobę patrzysz w nie, jak w obrazek, nie robiąc nic innego, niczego tylko dla samej siebie?
Zdjęcie na nocniczku, zdjęcie z kąpieli, wyprawa na plażę i dzieciak biegający po niej na golasa. Serio?! Owszem, pedofile istnieli zawsze, ale dzięki takim fotkom, udostępnianym publicznie, mają znacznie prostszą niż dawniej drogę do uzupełniania swojej kolekcji zdjęć.

Odnośnie plażowych fotek: osobiście potępiam sam fakt puszczania dzieciaczka, często już dość wyrośniętego, bo 3, 4 letniego, zupełnie gołego. Tak, na plaży też możesz trafić na zboczeńca, pedofila. Jeśli sama opalasz się toples: Twój wybór, powinnaś mieć świadomość, że poza rasowymi zboczeńcami – jakieś 3/4 facetów tak i tak zahaczy wzrokiem. Ale narażać dziecko na to, że jego fotka, nawet już niekoniecznie zrobiona przez Ciebie, trafi do fapfolderu zboczeńca?

Pomijając pedofilów: czy nie uważasz, że wstawianie fotek roznegliżowanego dziecka to obdzieranie go z prywatności i godności, nad którą to Ty, do pewnego momentu, masz obowiązek czuwać? Czy wrzucając zdjęcie maleństwa z rozłożonymi nogami, podczas zmiany pieluchy: zastanawiasz się, co ono poczuje za 10-15 lat, kiedy znajdzie w sieci takie zdjęcie? Jesteś pewna, że rzuci Ci się na szyję mówiąc "dziękuję"? Jakoś nie sądzę. Będzie złość, wstyd, zawód.

Zastanów się 10 razy, zanim uznasz, że zdjęcie nadaje się do publikacji.









10/12/2017

Lifestyle: Pomoc prawna - gdzie jej szukać? Czy zawsze musisz za nią płacić?

Dzieńdoberek!

U Was też dziś taka śliczna pogoda? Ja dziś od bladego świtu – jak na mnie – na nogach, jeśli śledzicie mnie na Instagramie, to już po 8 witałyśmy się z Kalą z Wami na Stories! Jeśli jeszcze mnie nie obserwujecie – na dole strony jest galeria ostatnich zdjęć, po kliknięciu w dowolne traficie na mój profil ;) 

"Bez praw nie może być prawdziwej wolności."

Kontynuuję dziś serię wpisów na tematy związane z wymiarem sprawiedliwości, odszkodowaniami, dochodzeniem swoich praw. Jak Wam już wspominałam – od jakiegoś czasu dość mocno zagłębiam się w prawnicze tematy i zauważyłam pewną prawidłowość: albo bardzo ciężko dokopać się do jakichś sensownych i rzeczowych informacji, albo są one pisane branżowym, prawniczym slangiem, który niekoniecznie jest przystępny dla przeciętnego zjadacza chleba. Dlatego postanowiłam, że w kolejnych wpisach, pojawiających się od czasu do czasu, będę starała się wyjaśniać niektóre zagadnienia w prosty sposób. Bo żeby walczyć o swoje – najpierw trzeba mieć świadomość, co nam się należy, i w jakich sytuacjach warto wziąć sprawy w swoje ręce, a nie tylko czekać na rozwój wydarzeń.


Jak już kiedyś wspominałam – uważam, że jeśli nawet Ty, w konkretnej sytuacji, wyjdziesz niewiele na plus, to i tak warto walczyć. Dla zasady, dla innych. Żeby rozmaite instytucje, urzędy czy firmy w końcu nauczyły się, że nie mogą sobie notorycznie pozwalać na "lecenie w kulki", licząc, że ludzie będą zawsze odpuszczać. Bo niestety sporo firm nadal tak własnie funkcjonuje: byle zarobić, nie ważne ile, nie ważne czyim kosztem i w jaki sposób. Byle kasa na koncie się zgadzała. Jak to się mówi: w kupie siła, i jeżeli w końcu ludzie się nauczą, że MOGĄ, a wręcz POWINNI walczyć za każdym razem, kiedy jest to możliwe, to i proceder "naciągania" klientów, konsumentów w końcu znacząco ograniczymy.


Na szczęście państwo coraz bardziej wychodzi na przeciw potrzebom obywateli i wdraża rozmaite programy, które pomagają ludziom w kwestiach prawnych. Rozmaite fundacje tez nie pozostają w tyle – pojawia się coraz więcej punktów, gdzie świadczona jest darmowa pomoc prawna. Czasem jest ona ograniczona, i dostępna jedynie dla osób o konkretnym statusie zawodowym czy finansowym, barierą bywa również wiek. Ale jednak grupa osób objętych taką pomoca jest dość spora, i faktycznie obejmuje osoby najbardziej potrzebujące. Jednak będę tu szczera: oczywiście tylko na podstawie moich własnych doświadczeń. Jeżeli zupełnie nie znasz się na zagadnieniach systemu prawnego, a Twoja sprawa jest dość prosta, to takie porady w zupełności Ci wystarczą. Niestety jednak: usługi świadczą tam zazwyczaj początkujący prawnicy, narzekający na nadmiar wolnego czasu i chcący nabrać doświadczenia 😉 Wolny czas u dobrego prawnika to raczej rzadkość, chociaż i trafiają się tacy, którzy po prostu chcą bezinteresownie pomagać i przeznaczają na darmowe konsultacje te kilka godzin w miesiącu.


Kiedy Twoja sprawa okazuje się zbyt zawiła, a Ty czujesz, że darmowa porada, którą usłyszałeś to raczej błądzenie po omacku niż rzetelne informacje: trzeba jednak skorzystać z konsultacji u specjalisty w danej dziedzinie prawa. Często w swoich wpisach odnoszę się do możliwości, jakie nam daje wszechobecny już internet. I w tej dziedzinie może nam bardzo pomóc. Konsultacja z prawnikiem z drugiego końca kraju nie stanowi obecnie problemu i bardzo często jest zdecydowanie tańsza niż bezpośrednia wizyta w kancelarii. 

Nie ważne, czy walczysz o swoje prawa pracownika, czy chcesz uzyskać większe odszkodowanie z jakiegoś tytułu: WARTO walczyć!